piątek, 24 sierpnia 2012

VIII Manifestacje Poetyckie


Staromiejski Dom Kultury, Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza oraz Klub Solec zapraszają na VIII Manifestacje Poetyckie do Wa-wy.

„W tym roku już po raz ósmy zapraszamy Państwa na festiwal Manifestacje Poetyckie odbywający się w placówkach kulturalnych oraz plenerach Starego Miasta w Warszawie w dniach 7-9 września. Festiwal ma charakter zlotu poetów z całego kraju, którzy prezentują swoje utwory w nietypowych aranżacjach multimedialnych, a sekundują im muzycy, plastycy i happenerzy. Ósmą edycję otworzy wykład Julii Fiedorczuk: Gościnna: rozważania o kobiecie, języku poezji i etyce, a towarzyszyć jej będą panele dyskusyjne z udziałem krytyków kultury, podczas których wspólnie zastanowimy się nad przyszłością i możliwościami utopii oraz skonstruujemy modele wymarzonego ekopolis.

Motywem przewodnim tegorocznych Manifestacji jest rozumiana na wiele sposobów gościnność i powiązana z nią otwartość na czytelnika, dlatego jednym z najważniejszych projektów będzie sobotni cykl rozmów o literaturze Wspólny Pokój. Podczas tego wielogodzinnego seminarium, prowadzonego głównie przez kobiety, odbędą się dyskusje interaktywne, koncerty, czytania wierszy, kolaże literacko-plastyczne, powstaną art-ziny, zawiążą się nowe inicjatywy twórcze.

Wszystkim wydarzeniom będą towarzyszyć warsztaty literacko-artystyczne, Turniej Jednego Wiersza, Kongres Poetów, wolna scena poetycka, koncerty, akcje uliczne i wiele innych działań artystycznych”.

Jak zapowiadają to organizatorzy, szczegółowy program Manifestacji zostanie wkrótce opublikowany na stronie http://www.manifestacjepoetyckie.sdk.pl/

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Minimalnie, a jednak tłoczno

Tomaszów Mazowiecki ma szczęście! Chociaż jest tutaj tylko jedno kino, nie ma teatru, a o filharmonii może tylko pomarzyć. Z tym, że marzenia czasem się spełniają. Skoro miasto nie ma filharmonii, nie ma problemu, to filharmonia przyjedzie do miasta! Na dodatek z rewelacyjnym repertuarem! Żadne tam Haydny, Straussy, żadne Bachy i Beetoveny, żadne Sibeliusy czy Orfy! Z całym szacunkiem, ale to że orkiestra symfoniczna nie ma tu gdzie zagrać jeszcze nie znaczy, iż Tomaszowianie nie są osłuchani z powagą. Przynajmniej ten, który akurat pisze tego bloga. Adagio Albinioniego (bo Doorsi to grali), kolejne Adagio, tym razem Samuela Barbera (które Stone wykorzystał w filmie „Platoon”)… No dobra, żarty na bok. Kiedy jednak dowiedziałem się, że w ramach objazdowego festiwalu filharmonii łódzkiej „Kolory Polski” zespół Kwadrofonik plus goście wystąpią u nas w repertuarze Steve’a Reicha, trochę się obawiałem. Owszem, oprócz siebie znam na mieście jeszcze paru ludzi, którzy mają w domu muzykę Kronos Quartet (za nagranie kompozycji Reicha zatytułowanej „Different Trains” w 1990 roku zgarnęli nagrodę Grammy) czy płyty Pata Metheny’ego, który wykonywał jedno z dzieł Reicha skomponowane na gitarę („Electric Counterpoint”, zarejestrowane na płycie sygnowanej nazwiskami Reich/Metheny). Ale to za mało, żeby zapełnić kościół, do którego zmieści się lekko licząc 500 osób! Reich to minimalista – i choć to truizm – kompozycje z tego nurtu raczej do oczywistych nie należą. Tym bardziej, że w trakcie koncertu zabrzmieć miał utwór „Music for 18 Musicians” – w ogóle niezbyt często wykonywany – zagrany przez wyłącznie polskich muzyków po raz pierwszy w Polsce dopiero dzisiaj, właśnie u nas. Wow! Okej, mogło być „gorzej” – mogli przecież wystąpić w repertuarze Johna Cage’a – albo „lepiej”, gdyby zagrali coś z repertuaru Phillipa Glassa lub Michaela Nymana. W każdym razie było świetnie! Czułem się, jakbym już gdzieś słyszał tę melodię. A słyszałem wiele razy. U Milesa i Coltrane’a, u Briana Eno, Petera Gabriela, a nawet u Bowiego. U Klausa Schultze i Tangerine Dream. Ale, czy moi ziomkowie także? Przecież nie od dziś wiadomo, że Polacy lubią tylko te melodie, które już gdzieś słyszeli. Na szczęście kościół wypełnił się publicznością po same brzegi. Koncert rozpoczął zespół Kwadrofonik wprowadzając słuchaczy w to, co miało nastąpić w jego drugiej części – w Reicha rozpisanego na skrzypce, wiolonczelę, klarnety, kilka pianin, marimb i ksylofonów oraz cztery kobiece głosy. Muzycy zaprezentowali trzy kompozycje z własnego repertuaru, w których prym wiodły brzmienia fortepianu, dwóch ksylofonów i tzw. „przeszkadzajek”. Zabrzmiały utwory zagrane niemal  w estetyce etno, łączące w sobie zarówno elementy folku jak i klasyki: „Bazuny”, „Mazurek C-Dur” oraz „Wiwat”. No i się zaczęło. Do muzyków Kwadrofonika dołączyło kolejnych kilkunastu. Rozpoczęła się ponad 50 minutowa, ale jednocześnie zgodnie z  duchem minimalizmu, przejrzysta melodycznie i harmonicznie kompozycja. Gdyby przyszła mi ochota na dalsze żarty, napisałbym, że to taki Oldfield z czasów „Tubullar Bells”, „Hergest Ridge” i „Ommadawn” dla zaawansowanych. „Music for 18 Musicians” to głównie powtarzalny, repetytywny motyw, różnicowany właściwie tylko natężeniem dynamiki. Patrzyłem uważnie, prawie nikt w trakcie jego wykonywania z kościoła nie wyszedł. A kiedy po zakończeniu utworu, prawie pół tysiąca zgromadzonych na koncercie Tomaszowian wstało z kościelnych ławek i zaczęło długo bić brawa, wiedziałem już, że było w porządku.

„Kolory Polski” – Steve Reich „Music for 18 Musicians”, Kwadrofonik + goście, Kościół Ewangelicko-Augsburski, Tomaszów Maz., 18.08.2012 r.

piątek, 17 sierpnia 2012

Siedem grzechów głównych (8)

Siedem grzechów głównych to upowszechniony w kulturze spis podstawowych grzechów człowieka i wykroczeń przeciwko Bogu, samemu sobie i religii. W katolicyzmie był on znany już w okresie średniowiecza. Aktualna forma interpretacji spisu dokonana przez katechizm, nie nazywa uwzględnionych w nim pozycji „grzechami” ale „wadami”, które powstają wskutek powtarzania tych samych czynów, będących wynikiem skłonności do grzechu po popełnieniu innych grzechów. Pytania, które zrodziły się w mojej głowie pierwotnie tylko po to, aby pozostać w tym ustronnym miejscu w charakterze pytań retorycznych, ostatecznie postanowiłem zadać także i innym – skoro wydźwięk moich własnych odpowiedzi przybrał w międzyczasie pejoratywne zabarwienie. Zatem, czy tylko ja utwierdziłem się w przekonaniu, że tzw. „obieg” polskiej poezji współczesnej skażony jest kilkoma wadami („grzechami”) wyzierającymi zza poniższych znaków zapytania? Czy poezji towarzyszy (rzecz jasna umownie), któryś z siedmiu grzechów głównych? A może wszystkie? A może żaden z nich? Przekonajmy się…

Piotr Gajda: Jaki masz stosunek do własnego debiutu? Jakbyś scharakteryzował instytucję debiutu w ogóle?

Maciej Woźniak: Kiedyś nie lubiłem „Srebrnego ołówka”, a teraz lubię. Rozmawialiśmy o nim niedawno z Adamem Wiedemannem i wyszło nam, że to książka napisana tak, jakby jej autor w ogóle nie czytał tego, co wówczas pisano, po brulionowym przesileniu, natomiast czytał to, co pisano 20 lat wcześniej. I jakby to trochę taki pierwszy naiwny był. Z tego samego powodu, z którego swojego debiutu nie lubiłem, teraz swój debiut znowu lubię. 

Wydaje mi się, że słownikowa definicja w zupełności wystarczy. Debiut to pierwsza książka (płyta, występ itp.). Ceńmy zwięzłą mądrość PWN.

PG: Czy Twoim zdaniem możemy jeszcze w Polsce mówić o ogólnopolskim obiegu krytyczno-literackim?

MW: Możemy i powinniśmy. Przynajmniej dopóki pozostało kilka czasopism, które są dystrybuowane na terenie całego kraju. I dopóki polscy czytelnicy korzystają z Internetu.

PG: Czy uważasz, że ostatnia dekada w polskiej poezji współczesnej doczekała się choćby śladowego omówienia?

MW: Jeżeli uznamy, że poezję tworzą poeci (a oni mają nazwiska, zaś ich książki mają tytuły), to tak. Doczekała się omówienia, choć czasami zdarzało mi się westchnąć: niestety.

PG: Czy w naszym kraju istnieje wyraźny podział na środowiska poetyckie, czy raczej mamy do czynienia z pojedynczymi nazwiskami rozrzuconymi po kraju – kojarzonymi wyłącznie geograficznie?

MW: Nie wstępowałbym na rozdwojone ścieżki tej akurat alternatywy. Wiele środowisk swoją wyrazistość zawdzięcza w dużej mierze geografii. Siedząc z poetami na rynku w Mikołowie, czuję się zanurzony w innym środowisku niż witając się z poetami przed księgarnią Tajne Komplety, na rynku we Wrocławiu. W innym środowisku się nurzam wchodząc do SDK na rynku w Warszawie, a w innym pijąc piwo z Arturem Fryzem na rynku w Kutnie. Ceńmy mapę naszej ojczyzny.

PG: Jaki jest Twój stosunek do nagród literackich w Polsce? Pełnią obiektywną rolę opiniotwórczą, tworzą określone hierarchie literackie? Czy jest uprawnione, aby ich werdykty umownie nazywać „środowiskowymi”?

MW: Jestem za. Pełnią i tworzą. A ich werdykty oczywiście, że są środowiskowe. Wszak tę  niewielką garstkę Polaków regularnie czytających literaturę piękną wypada nazwać środowiskiem

PG: Którzy poeci nadają ton współczesnej poezji? Czy w ostatnim czasie dołączyły do nich kolejne nowe nazwiska?

MW: Latami z nadawanym tonem były bardziej lata 90. ubiegłego wieku niż ten tuzin lat w nowym stuleciu. Po śladach Świetlickiego czy Sosnowskiego kroczono na tyle masowo, że naśladowania Dehnela czy Pasewicza porównać się do tego nie da. Tyle że tamto nadawanie tonu wynikało trochę z zaległości, z długiej nieobecności danego tonu w poezji, z głodu tego tonu (głodnymi okazali się nie tyle poszczególni poeci, co sam język). W starych poczciwych wzmacniaczach Technicsa były malownicze gałki z barwą tonu, po które (szczególnie jak się miało kolumny Altus) trzeba było nieraz sięgnąć, ale teraz słucham na Rotelu i nie ma takiej potrzeby. Poezja polska zmieniła się podobnie.

PG: Portale poetyckie – jaką pełnią rolę?

MW: Portale zmiennymi są. Mniej więcej 10 lat temu zakrawały na awangardę komunikacji literackiej, 5 czy 7 lat temu wydawały się kuźnią nowych poetyckich kadr, 3 lata temu pojawiła się wyraźna różnica między portalami stylizującymi się na internetowe pisma (kosztem interkomunikacji) a sieciowymi „wyszalniami” (że tak sobie pożyczę termin od Lema), gdzie stosunek „stargam” do „u-wydatnię” mógłby zmartwić Norwida. 

PG: Jaka według Ciebie jest przyszłość poezji?

MW: Urodzony w Płocku Stefan Themerson zanotował, że wyobraża sobie społeczeństwo, gdzie nikt nie czyta wierszy, natomiast nie wyobraża sobie społeczeństwa, gdzie nikt wierszy nie pisze. Ceńmy zatem tę skromną sztukę.

* Maciej Woźniak (ur. 1969) - poeta, krytyk muzyczny, felietonista. Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Twórczości, Literaturze na Świecie, Odrze, Gazecie Wyborczej, Opcjach, Studium. Opublikował siedem tomików poetyckich:  „Srebrny ołówek” (1998), „Iluminacje. Zaćmienia. Szarość” (2000), „Obie strony światła” (2003), „Wszystko jest cudze” (2005), „Iluzjon” (2008), „Ucieczka z Elei” (2010), „Biała skrzynka” (2012). Jego tom "Iluzjon" był nominowany do Nagrody im. Józefa Czechowicza. Tom "Ucieczka z Elei" był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Mieszka w Płocku.

środa, 15 sierpnia 2012

Być jak Zakk Wylde

Gdybym miał wizualnie opisać członków grupy The Floorators zanim zobaczyłem fotografię zespołu pochodzącą z materiałów promocyjnych, opisałbym ich wygląd jako łudząco podobny do aktualnego image’u Zakka Wylde’a. Długie włosy, przerośnięte brody, czarne t-shirty z logo ulubionego rock-bandu, a na paluchach i przegubach mnóstwo srebrnej, złotej i skórzanej biżuterii. Tak właśnie powinni wyglądać muzyczni dawcy pierwotnego rock’n’rolla, miłośnicy przystępnych kobiet i trunków nieprzystępnych dla organizmu w nadmiernej ilości. W rzeczywistości tak mniej więcej prezentują się opisywani przeze mnie „rockmani” ze Świdnicy, dla których najwidoczniej dwa miejsca są tymi ulubionymi: scena lub bar. 

Za opis muzyki nagranej na płycie zatytułowanej „Magulon” niech wystarczą suche fakty; The Foorators koncertowali z takimi zespołami jak Vader (death metal), TSA (hard rock), Hunter (metal), Złe psy (blues rock), Farben Lehre (punk). Jeśli dodamy do tego pewne elementy stoner metalu oraz konkretne wpływy kapel pokroju Monster Magnet  i The Cult, otrzymamy kwintesencję tych dźwięków. W takich kompozycjach jak „P.I.T.A.”, „On The Highway” czy „Talk With Your Bottom” doszukamy się zarówno dalszych inspiracji w rodzaju grup Orange Goblin i Sheavy, jak i naleciałości rodem z okresu „pijackiej” współpracy Bona Scotta i AC/DC (zwłaszcza w „MILF”), udanie połączonych z  dynamiką towarzyszącą dwóm pierwszym płytom Iron Maiden, na których można było jeszcze doszukać się nie tylko epickich, ale także i bez mała punkowych zagrywek. 

Stąd „Magulon” to przyjemne „old schoolowe” wymiatanie, za którym stoją „przybrudzone” partie instrumentalistów i „stonerowy” wokal. To idealne wręcz tło muzyczne dla miłośników ciężkich motocykli oraz stałej klienteli podejrzanych lokali i spelunek. Zależnie od upodobań kompozycyjnych członków The Floorators, spożyjemy w ich przyjaznych wnętrzach szklaneczkę browaru w otoczeniu muzyki zagranej przez ten zespół w stylu „monster” („Goddamn Backseat Hunter”), a innym razem w stylu „cult” („Escape Route Blues”). Natrafimy również i na rodzime wpływy, choćby w „podmetalizowanym” „Super Tight Girl”, którego wykonaniu towarzyszą zagrywki w zgodzie z filozofią TSA, czy w luzackim „Sweet Hanna” zagranym tak, jakby miał być twórczą kopią którejś z „pastiżowych” kompozycji  grupy Acid Drinkers.

Trzeba też przyznać, że dżentelmeni z The Floorators zaprawdę są godni przybranej przez siebie nazwy. Na „Magulon” skutecznie „deflorują” cnotliwe (czytaj: rozpoznane) rejony rock’n’rolla, rocka, hard rocka, metalu i punka, czerpiąc z tej czynności znaczną przyjemność. Nie trzeba dodawać, że jest to przyjemność obustronna, bo cóż byłaby to za „radocha”, gdyby „zabawiali się” wyłącznie sami muzycy?  Na szczęście tak nie jest, na co jawnym dowodem jest umieszczony na  płycie cover Jerry’ego Lee Lewisa „Great Balls Of Fire”; tu brzmiący jak utwór oryginalnie skomponowany przez samą grupę. Nie mogło być dla niej samej lepszej wizytówki… Z jednej strony, przywołując ekspresyjny śpiew Lewisa połączony ze sceniczną dynamiką i nowatorskim stylem grania na fortepianie wszystkimi częściami ciała, otrzymujemy parafrazę „niegrzecznego” stylu The Floorators. Z drugiej, biorąc pod uwagę niechlubną biografię tego artysty, który najpierw uwiódł a potem poślubił trzynastolatkę, stykamy się z próbą skonfrontowania się z „bad-legendą” rock’n’rolla. Tak,  chcemy grać jak „rockowe bestie”, trzymamy się z dala od muzycznych solariów i pseudo-rockowych klinik chirurgii plastycznej, a co się z tym wiąże, jak najdalej od zielonkawego, mdłego światła tabloidów i pogrążonych w jego poświacie młynów blichtru (ach, cóż za dopełniaczyk!).

The Florators, „Magulon”.Wydanie własne.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Siedem grzechów głównych (7)

Siedem grzechów głównych to upowszechniony w kulturze spis podstawowych grzechów człowieka i wykroczeń przeciwko Bogu, samemu sobie i religii. W katolicyzmie był on znany już w okresie średniowiecza. Aktualna forma interpretacji spisu dokonana przez katechizm, nie nazywa uwzględnionych w nim pozycji „grzechami” ale „wadami”, które powstają wskutek powtarzania tych samych czynów, będących wynikiem skłonności do grzechu po popełnieniu innych grzechów. Pytania, które zrodziły się w mojej głowie pierwotnie tylko po to, aby pozostać w tym ustronnym miejscu w charakterze pytań retorycznych, ostatecznie postanowiłem zadać także i innym – skoro wydźwięk moich własnych odpowiedzi przybrał w międzyczasie pejoratywne zabarwienie. Zatem, czy tylko ja utwierdziłem się w przekonaniu, że tzw. „obieg” polskiej poezji współczesnej skażony jest kilkoma wadami („grzechami”) wyzierającymi zza poniższych znaków zapytania? Czy poezji towarzyszy (rzecz jasna umownie), któryś z siedmiu grzechów głównych? A może wszystkie? A może żaden z nich? Przekonajmy się…

Piotr Gajda: Jaki jest dzisiaj Twój stosunek do własnego debiutu? Jakbyś scharakteryzował instytucję debiutu w ogóle?

Izabela Kawczyńska: Sentymentalny. Debiutowałam opowiadaniem w „Odrze”. W tym samym numerze publikowano nowy wiersz Tadeusza Różewicza. Pamiętam, że kiedy przeczytałam spis treści, poczułam się tak, jakbym, nie ruszając się z miejsca, pokonała milion lat świetlnych. Jakbym wykonała skok w bliżej nieokreśloną stronę. Potem były konkursy poetyckie i prozatorskie, publikacje prasowe, warsztaty pisarskie we Wrocławiu i bardzo szybko publikacja książki w serii wydawniczej Stowarzyszenia im. K. K. Baczyńskiego. Seria skoków, z których każdy kolejny umożliwiał następny. Dla mnie debiut jest fenomenem, nie instytucją. Więcej ma w sobie z chaosu niż z porządku. To zjawisko w rodzaju świetlistego meteoru i może umiałabym opowiedzieć meteor, ale nie umiem.

PG: Czy Twoim zdaniem możemy w Polsce jeszcze mówić o ogólnopolskim obiegu krytyczno-literackim? Czy uważasz, że ostatnia dekada w polskiej poezji współczesnej doczekała się choćby śladowego omówienia?

IK: Jakikolwiek ogólnopolski obieg wydaje mi się czymś z gruntu niemożliwym i to nie tylko w poezji. W skali makro możliwy jest jedynie wybór kilku nazwisk i omawianie książek tych twórców (naiwnością byłoby sądzić, że poza nimi nie ma nic, co warto by omawiać). Reszta (czytaj większość) siłą rzeczy pozostaje w skali mikro i tutaj obieg sprowadza się do wysłania książki do pisma X, czy krytyka Y w nadziei na odzew. Ale pisma rzadko recenzują książki, których nie można kupić w regularnej dystrybucji i tak oto koło się zamyka, więc owszem, jest jakiś ruch, tylko, czy można to nazwać obiegiem? Nie jestem pewna, czy ostatnia dekada w polskiej poezji zasługuje na omówienie. Może za sto lat ktoś będzie pewien.

PG: Czy w naszym kraju istnieją odrębne środowiska literackie, czy raczej mamy do czynienia z określonymi nazwiskami rozrzuconymi po kraju, kojarzonymi wyłącznie z przynależnością geograficzną?

IK: Artysta, w moim odczuciu, jest zawsze wyrzutkiem, outsiderem, kimś spoza marginesu, dlatego prędzej można mówić o monadach niż o środowiskach poetyckich. Oczywiście istnieją poeci i krytycy skupieni wokół pism literackich, wydawnictw, portali – ludzie wchodzący ze sobą w relacje sympatii i antypatii.

PG: Jaki jest Twój stosunek do nagród literackich w Polsce? Pełnią obiektywną rolę opiniotwórczą, tworzą określone hierarchie literackie? Czy uprawnione jest, aby ich werdykty nazywać umownie „środowiskowymi”?

IK: Aby zrozumieć mechanizm nagród literackich, trzeba zadać sobie pytanie czemu właściwie służą? Zrozummy się dobrze… Zrozummy się jeszcze lepiej… Czyim interesom? Nagradza się coś, co jest dobre? Niekoniecznie. Nagroda literacka pełni rolę reklamy. Te praktyki marketingowe znane są od dawien dawna. Swego czasu Gebethner i Wolff zakupili specjalnie jedną z gazet, aby zapewnić sobie pochlebne recenzje wydawanych przez siebie książek. Miało to zwiększyć ich sprzedaż i zwiększało. Jeśli książki danego wydawcy otrzymują „prestiżowe” nagrody i są recenzowane w „prestiżowych” pismach (kto decyduje o tym, co jest, a co nie jest prestiżowe?), po pierwsze łatwiej je sprzedać, po drugie, co ważniejsze, łatwiej otrzymać państwowe dotacje. I tak świat się kręci. Przypomina to politykę, niestety. Mamy nagrody lewicowe (różowej inteligencji) i prawicowe (opcji katolickiej), i, parafrazując Dołęgę-Mostowicza, nikomu w tym kraju nie przyjdzie do głowy, że ktoś może nigdzie nie przynależeć i myśleć wyłącznie na swój rachunek. Piszesz o obiektywizmie – teoria nieoznaczoności wyklucza obiektywizm. Piszesz o tworzeniu hierarchii – opiniotwórczy Irzykowski dyskredytował Witkacego, chwaląc pod niebiosa twórców, których nazwisk nikt dziś nie pamięta. Zresztą mało kto pamięta o samym Irzykowskim, choć był to sztandarowy krytyk dwudziestolecia międzywojennego. Czas to jedyne obiektywne kryterium. Wobec niego pozostajemy śmieszni i bezradni z naszymi małymi wojenkami.

PG: Którzy poeci nadają ton współczesnej poezji? Czy w ostatnim czasie dołączyły do nich jakieś nowe nazwiska?

IK: Jeśli współczesna poezja miałaby jakieś tony, to w skali opartej na małej tercji. Jeśli ktoś miałby je nadawać, to nie wiem kto i komu?

PG: Portale poetyckie – jaką pełnią rolę?

IK: Internet jest przestrzenią ogromnej swobody. Każdy może recenzować, krytykować, publikować, zamieszczać zdjęcia własnego psa, czy cudzej żony. Gdyby nie portale poetyckie, nie miałabym pojęcia, że w tym kraju żyje tak wielu poetów. I to jest alternatywa dla wąskiego gardła oficjalnego obiegu literackiego. Ale gdybyś mnie spytał, czy osobiście jestem za publikowaniem w internecie, to odpowiedziałabym, że mimo wszystko nie jestem.

PG: Jaka jest według Ciebie przyszłość poezji?

IK: Zgadzam się z Jimem Morrisonem – poezja i muzyka to jedyne formy sztuki, które mają przyszłość. Kiedy upadnie kolejna cywilizacja, kiedy zgaśnie ostatni komputer, a cała nasza technika okaże się grobowcem z krzemu, jedyną formą zapisu pozostanie ludzka pamięć. Nikt nie powtórzy powieści, czy symfonii. Wiersze i piosenki – tylko one przetrwają. Ostatnio czytałam wiersze Władysława Szlengela pisane w gettcie warszawskim. Zostały zapamiętane i odtworzone z pamięci przez ocalałych. Kilka wierszy. Parę tekstów piosenek. Reszta to proch, niepamięć, proch.

* Izabela Kawczyńska - Wydała zbiory wierszy: „Luna i pies. Solarna soldateska”,„Largo”. Publikowała m.in. w „Odrze”, „Pograniczach”, „Cegle”, „Tekstualiach”, „Toposie”, „Re:presjach”, „Frazie”. Laureatka konkursów literackich (im. Baczyńskiego, Wojaczka, Ratonia, Poświatowskiej, Herberta, Kajki). Za książkę „Luna i pies” otrzymała II nagrodę w konkursie Złoty Środek Poezji na poetycki debiut książkowy roku 2008.