środa, 22 lipca 2026

Mój Ozzy

Dziś mija pierwsza rocznica śmierci Ozzy’ego Osbourne’a, a właściwie Johna Michaela „Ozzy’ego” Osbourne’a. O jego odejściu dowiedziałem się z SMS-a od przyjaciela. Zrobiło mi się naprawdę smutno, bo Ozzy był obecny w moim życiu właściwie od zawsze. Tylko raz widziałem go na żywo – w 1998 roku, podczas koncertu Black Sabbath w katowickim Spodku. Stałem pod samą sceną, zaledwie kilka metrów od niego. W pewnym momencie Ozzy przypieczętował nasze mentalne przymierze, oblewając mnie strumieniem zimnej wody z wiadra…

Zawsze z przymrużeniem oka podchodziłem do wszystkich show-biznesowych etykietek: „Książę Ciemności”, ekscentryk, celebryta z reality show. Dla mnie był przede wszystkim słabo wykształconym, niepokornym chłopakiem wywodzącym się z biednej angielskiej klasy robotniczej, który dzięki talentowi i uporowi stał się jedną z największych ikon muzyki rockowej.

Musiałem go naprawdę bardzo lubić, skoro potrafiłem wybaczyć mu pracę w rzeźni, niesławny incydent z gołębiem podczas spotkania z kierownictwem CBS Records czy zastrzelenie siedemnastu własnych kotów w narkotycznym amoku. Trudno też dobrze ocenić sposób, w jaki za jego aprobatą potraktowano finansowe roszczenia Boba Daisleya i Lee Kerslake’a oraz fakt, że zgodził się nagrać album Black Sabbath „13” bez Billa Warda. Przez większą część życia zmagał się z uzależnieniami i często płacił za nie wysoką cenę. W niczym go to nie usprawiedliwia. Ale gdy odchodzi człowiek, zostaje przede wszystkim to, co po sobie stworzył. Trzeba umieć oddzielić dzieło od twórcy. Jednym zdaniem – Rafał Wojaczek i Black Sabbath to dwa kamienie milowe na mojej duchowej drodze...

Paradoksalnie z muzyką twórców „Paranoid” zetknąłem się po raz pierwszy dzięki koncertowemu albumowi „Live Evil”, na którym za mikrofonem stał Ronnie James Dio. W mojej głowie zaiskrzyło od razu, ale to, co wydarzyło się później, było już czymś znacznie poważniejszym. Nagrane na marnej jakości szpuli albumy „Never Say Die!” i „Bark at the Moon” dosłownie przeorały mi mózg. Zwłaszcza „Never Say Die!” – płyta, którą wielu samozwańczych fanów Black Sabbath do dziś odsądza od czci i wiary. Mnie trafiła prosto w serce. Jej klimat, wokalna ekspresja i muzyczna wirtuozeria przeniosły mnie do zupełnie innego wymiaru estetycznego. Kocham tę muzykę! Dla mnie „Never Say Die!” to najlepszy, obok ikonicznego „Sabbath Bloody Sabbath”, album Black Sabbath z Ozzym. Z kolei „Bark at the Moon” pozostaje jego najwybitniejszym dokonaniem solowym. Z solową twórczością Ozzy’ego zawsze miałem zresztą pewien problem. Nigdy nie satysfakcjonowała mnie w pełni, choć z ogromną przyjemnością wracam do wszystkich płyt aż do „The Ultimate Sin” włącznie. Późniejsze albumy już mnie nie poruszały. Dotyczy to zwłaszcza okresu współpracy z Zakkiem Wylde’em.

Doskonale pamiętam schyłek PRL-u. Z wypiekami na twarzy oglądałem puszczane od wielkiego dzwonu w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Janusza Ziętary teledyski do „Bark at the Moon”, „The Ultimate Sin”, „So Tired” i „Shot in the Dark”. Robiły na mnie ogromne, niemal mistyczne wrażenie i tylko umacniały moją fascynację Ozzym.

Zasłużył nie tylko na mój szacunek, ale na podziw milionów fanów. Tylko dzięki jego ogromnemu hartowi ducha mógł się odbyć ostatni koncert oryginalnego składu Black Sabbath 5 lipca ubiegłego roku w Birmingham, rodzinnym mieście muzyków, na stadionie Villa Park. W tamtym czasie Ozzy ze względu na chorobę Parkinsona nie mógł już chodzić. Na szczęście dał radę wystąpić, a na scenie pojawił się na imponującym tronie z dużym nietoperzem na zagłówku. Niestety, zaledwie nieco ponad dwa tygodnie po wydarzeniu Back to the Beginning zmarł.

Została muzyka. Wokal Osbourne'a jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w historii rocka i heavy metalu. Nie był wokalistą wybitnym pod względem klasycznej techniki, ale jego barwa, frazowanie i ekspresja stworzyły wzorzec dla wielu późniejszych śpiewaków metalowych. W młodości śpiewał głównie jako wysoki tenor. Nie dysponował rekordowo szeroką skalą, ale swobodnie wykonywał partie w wysokiej tessiturze, szczególnie w latach 70. Szacunki dotyczące jego zakresu różnią się, jednak większość analiz wskazuje na około 2,5–3 oktawy w najlepszym okresie kariery. Wyjątkowość jego wokalu wynikała z natychmiast rozpoznawalnej barwy, prostych, ale niezwykle chwytliwych linii melodycznych oraz zdolności do budowania nastroju. Ludzie mówią, że był większym showmanem niż wokalistą. Moim zdaniem nie mają racji.

Cześć Twojej pamięci, Ozzy. Spoczywaj w Pokoju!

poniedziałek, 20 lipca 2026

Wiersze w „e-eleWatorze”

Pięć moich nowych wierszy zainteresowany czytelnik przeczyta w czerwcowym numerze internetowego miesięcznika literackiego „e-eleWator”. Znaleźć można je pod linkiem – tu. W bliżej zaś nieokreślonym czasie w nowych książkach. 

sobota, 18 lipca 2026

Nowe wiersze w piśmie „Plaża. Ciemnia”

Pięć moich nowych wierszy zainteresowany czytelnik przeczyta na stronie pisma „Plaża. Ciemnia”. Wiersze pochodzą z projektów nowych książek przygotowanych do druku. Wiersze „Ptakoryboczłowiekoupiór”, „Afirmacje”, „Pejzaż horyzontalny”, „Ostatnia kanonada” i „Nadawanie imion pośród ofiar” dostępne są tutaj.

wtorek, 14 lipca 2026

Był wiersz (1)

Każdy wydany tom poetycki jest zapisem jakiegoś czasu – przeżytych chwil, emocji, pytań i spotkań z samym sobą. Wiele z tych wierszy wciąż we mnie żyje, choć od ich pierwszej publikacji minęły już lata. Dlatego rozpoczynam nowy blogowy cykl „Był wiersz”. Będę wracał do utworów z moich dotychczas wydanych tomów poetyckich, dzieląc się nimi tutaj, na blogu. Nie po to, by zatrzymywać się w przeszłości, ale by sprawdzić, jak brzmią dzisiaj.

Wiersz pochodzi z tomu „Hostel” wydanego nakładem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tomaszowie Mazowieckim, Łódź 2008. Wcześniej był publikowany w „Tyglu Kultury” nr 7/9 (136/141) 2007 oraz w Kwartalniku Artystyczno-Literackim „Arterie” nr 1/2007.

sobota, 11 lipca 2026

Korespondencja (79)

   Są książki, które jednocześnie zamykają i otwierają pewien etap twórczości. Stają się drogowskazami pozwalającymi zobaczyć drogę, jaką poeta już przeszedł, i tę, która wciąż pozostaje przed nim. Przyrost strąceń Macieja Meleckiego należy właśnie do tej kategorii. Tom obejmuje utwory z czterech książek: Inwersji (2016), Bezgruntu (2019), Druzgów (2021) oraz Przeciwujęć (2024). To dekada konsekwentnie rozwijanej poetyki, w której autor buduje własny, rozpoznawalny idiom – gęsty, wymagający, pełen napięć, świadomie wymykający się jednoznacznym interpretacjom. Jest to poezja, która nie podsuwa gotowych odpowiedzi, lecz zmusza do zatrzymania się i ponownego przyjrzenia światu, w którym doświadczenie utraty, kruchości i przemijania staje się jednym z najistotniejszych tematów. Każdy z wierszy składających się na ten autorski wybór wyrastał z czasu szczególnie trudnego dla poety – naznaczonego stratą, zwątpieniem, poczuciem rozpaczy i rozpadu. Równocześnie jest świadectwem nieustępliwego poszukiwania języka zdolnego unieść bolesne doświadczenie, oddać jego niejednoznaczność i fragmentaryczność.

Dla mnie Przyrost strąceń nie jest jedynie wyborem najważniejszych czy najbardziej reprezentatywnych wierszy z ostatnich lat. To świadectwo twórczej odwagi i wewnętrznej uczciwości. Książka układa się w swoisty liryczny kanon refleksji nad przemijaniem, utratą i niestabilnością świata, odsłaniając proces stopniowego zaniku dotychczasowych znaczeń i wartości. Pokazuje, że prawdziwa poezja nie rodzi się z chęci przypodobania się komukolwiek ani nie jest efektem starannie skalkulowanego projektu. Powstaje z konieczności mówienia własnym głosem – nawet wtedy, gdy prowadzi on przez najciemniejsze rozdziały naszej „ludzkiej komedii”. Filozoficzny wymiar tej poezji skłania do odczytywania rozpadu nie tylko jako destrukcji, lecz również jako nieodłącznego elementu nieustannej przemiany egzystencji.

Myślę więc o słynnych sienkiewiczowskich słowach: „…dwóch jest prawdziwych żołnierzy w tej Rzeczypospolitej: Kuklinowski w Koronie, a Kmicic na Litwie...”. Parafrazując je, powiedziałbym, że dwóch jest poetów mojego pokolenia prawdziwie autentycznych w swojej indywidualnej dykcji, a zarazem wciąż niedocenionych przez środowiskową bańkę: Grzegorz Wróblewski i właśnie Maciej Melecki…

Wybór został opatrzony posłowiem Przemysława Koniuszego. To uważna i wnikliwa analiza tej poezji, odsłaniająca wiele jej ukrytych warstw, a zarazem pozostawiająca czytelnikowi przestrzeń dla własnych interpretacji. Wraz z wierszami i notą wydawcy tworzy integralną część poetyckiej wiwisekcji rozgrywającej się na kartach Przyrostu strąceń. Gorąco polecam!