
Do „Hostelu”, dzięki uprzejmości Maćka
Meleckiego, dotarła wydana w Instytucie Mikołowskim książka Marka Hłaski Prozy
rozproszone. Zbiór zawiera utwory napisane w latach 1952-1956, a więc są
to i juwenilia i teksty rozproszone pochodzące z okresu, w którym pisarz ciężko
pracując nad swoimi tekstami dopiero szlifował charakterystyczny dla niego
idiom pisarski, tak charakterystyczny dla wydanego w roku 1956 Pierwszego kroku w chmurach. To proza
nieco jeszcze odległa od późniejszych dzieł Hłaski wyrastających z brutalnego
realizmu i egzystencjalnego niepokoju, prozatorsko oszczędnych, opartych na
dialogu i potocznej frazie, która brzmi jak mowa ulicy, barów i dworców. Hłasko
celowo odrzucał psychologiczną głębię na rzecz gestu, sytuacji i napięcia
między bohaterami; czystych emocji, gwałtownych, często wyrażanych półsłówkami. Świat przedstawiony przez
dojrzałego pisarsko pisarza to przestrzeń moralnego absolutu: dobro i zło nie
podlegają negocjacji, a kompromis oznacza klęskę. Bohater Hłaski — młody,
zbuntowany, samotny — jest figurą outsidera, który przegrywa, ale nie
kapituluje wewnętrznie.
Najpełniej ten idiom wybrzmiewa w opowiadaniach
Pierwszy krok w chmurach i Cmentarze, gdzie codzienność PRL-u
zostaje odarta z ideologii i pokazana jako przestrzeń upokorzenia i
niespełnienia. W Ósmym dniu tygodnia Hłasko tworzy przejmujący portret
miłości skazanej na porażkę przez społeczną i egzystencjalną ciasnotę, a w
autobiograficznych Pięknych dwudziestoletnich mitologizuje własną
legendę pisarza przeklętego. Późniejsze utwory emigracyjne, jak Sowa, córka
piekarza, zachowują ten sam ton rozczarowania i gniewu, potwierdzając, że
idiom Hłaski to nie tyle styl epoki, ile konsekwentna postawa wobec świata.
Marek Hłasko, niezapomniany pisarz mojej
młodości, absolutny top prozatorski, którego w latach siermiężnego PRL-u byłem
zdeklarowanym czytelnikiem. To były czasy, w których to, co nie udało się o
kilka dekad wcześniej socrealizmowi, zakończyło się powodzeniem w przypadku
mojego pokolenia — roczników sześćdziesiątych XX wieku: ukształtowaniem
późniejszych postaw życiowych, w tym wyznawanych wartości ideowych i
estetycznych. Marek Hłasko, Ireneusz Iredyński, Andrzej Brycht, Edward Stachura
(prozaik) — to była literacka szarża przez przełęcz Somosierry. Oddałbym wiele,
by i dziś poczuć takiego „kopa” jak wówczas przy lekturze Opowiadań, Palcie ryż każdego dnia Hłaski, Dancingu
w kwaterze Hitlera, Wycieczki do Auschwitz-Birkenau, Zmiennej
ogniskowej, Hubrisa Brychta, Manipulacji, Dnia
oszusta Iredyńskiego czy Całej jaskrawości, Siekierezady
Stachury.

Hłasko. Pierwszy kontakt: szkoła średnia,
rok 1983, i wydane w „Czytelniku” w 1976 roku Opowiadania.
Kilkakrotnie wypożyczałem je z biblioteki — podobnie jak zapewne wielu innych
czytelników — bo za każdym kolejnym razem wypożyczony egzemplarz coraz bardziej
rozpadał mi się w rękach. Zawsze omijałem pierwsze z nich, Bazę Sokołowską,
ponieważ pachniała mi nieprzyjemnie wspomnianym już socrealizmem. Za to Pierwszy
krok w chmurach, Śliczna dziewczyna, Namiętności, Krzyż
na zawsze wryły się w moją pamięć. Jakiś czas później, dzięki znajomościom w lokalnej
księgarni, w której mogłem kompulsywnie przeczesywać ukryte na zapleczu półki
(tak zdobyłem m.in. Song of Myself Whitmana, WL 1992), kupiłem w 1989
roku „spod lady” pięciotomowe Utwory wybrane Czytelnika. Boże, cóż to
było za szczęście! Tom 1: Opowiadania. Tom 2: Ósmy dzień tygodnia.
Cmentarze. Następny do raju. Tom 3: Wszyscy byli odwróceni. Brudne
czyny. Drugie zabicie psa. Tom 4: Felietony. Listy. Palcie ryż każdego
dnia. Tom 5: Piękni, dwudziestoletni. I chociaż część tych
utworów znałem już wcześniej, ich ponowna lektura była jedną z najprawdziwszych
i najbardziej ekscytujących przygód czytelniczych w moim życiu. Uważam, że
właściwa literatura powinna trafiać na swojego czytelnika we właściwym czasie. Jako
dziecko zaczytywałem się w baśniach i bajkach z różnych stron świata, w okresie
nastoletnim — w powieściach Z. Nienackiego, A. Fiedlera, A. Szklarskiego, E.
Niziurskiego, N. Szczepańskiej, M. Tomaszewskiej, K. Maya, B. Mrówczyńskiego,
J. Szczygła, I. Jurgielewiczowej i wielu innych. Potem przyszedł najwłaściwszy
czas na Hłaskę. Choć najbardziej jarałem się prozą Brychta, Hłasko również był
dla mnie bardzo ważny. Razem z kumplem z klasy, Igorem — podobnie jak ja
uczniem Technikum Mechanicznego o specjalności mechanik maszyn i urządzeń
przemysłu chemicznego — mieliśmy inklinacje stricte humanistyczne i mocno
zaczytywaliśmy się w obu tych autorach. Po latach, nic nie wiedząc o Brychcie
(to były czasy „przedinternetowe”), napisałem dla Igora kilkustronicowy list,
niby to od Brychta. Nawiązywałem w ten sposób do jego autentycznego listu,
napisanego na adres wydawnictwa do autora Zmiennej ogniskowej, który
kończył się pytaniem: „Kim pan jest, panie Brycht?”. Mój kolega nigdy nie
uzyskał na ten list odpowiedzi, więc nawet po latach czułem się zobowiązany.
Miało być o Hłasce... Otóż po trzydziestce
już go nie czytałem. Kiedy jednak pewnego razu wpadła mi w ręce jego ostatnia
wydana za życia powieść, Sowa, córka piekarza, okazała się nadal
znakomitą prozą. Muszę się przyznać, że do Wilka, jego zaginionej i
odnalezionej po wielu latach książki, nawet nie zajrzałem. Zniechęciła mnie
wiedza, że Hłasko rozpoczął nad nią prace po ukończeniu Sonaty marymonckiej,
nieukończonej powieści, której fragment opublikował później jako swój debiut — Bazę
Sokołowską (dlaczego ją zawsze pomijam, już wyjaśniłem). Karma wraca — a
ja głęboko w to wierzę. Wiele lat później los sprawił, że zaprzyjaźniłem się z
Agnieszką Czyżewską, znakomitą malarką, której obrazy można podziwiać na
okładkach książek poetyckich wydawanych w Instytucie Mikołowskim. Agnieszka
jest córką Andrzeja Czyżewskiego — znanego architekta, nauczyciela
akademickiego, fotografa i rysownika, a zarazem kuzyna Marka Hłaski (ściślej:
jego ciotecznego brata — ich matki były siostrami). W czasach wrocławskich (w
historii rodziny Marka Haski) Andrzej Czyżewski spędzał z Hłaską wiele czasu.
Zmarły niestety w 2016 roku, był spadkobiercą pisarza oraz autorem biografii Piękny
dwudziestoletni. Wiem z dobrego źródła, że Agnieszka posiada w swoim domu artefakty związane z autorem Pętli, które — mam nadzieję —
kiedyś dane mi będzie, z należnym uszanowaniem, „dotknąć”. W ten sposób
Hłasko do mnie wrócił. Wprawdzie incydentalnie wracał już wcześniej w licznych
biografiach (kilka stoi na mojej półce), ale teraz obiecuję sobie, że w
najbliższym możliwym czasie przeczytam „od deski do deski” Prozy rozproszone i Bazę Sokołowską, i Wilka, i
pięciotomowe Utwory zebrane. A potem pięciotomowe „jeansowe” wydanie
Stachury, trzytomowe Dzieła zebrane Iredyńskiego oraz wszystko, co mam
Brychta — nawet niechlubny, propagandowy, lecz literacko wciąż znakomity Raport
z Monachium i mniej udany Azyl polityczny. Bo jak już wspomniałem:
właściwa literatura powinna trafiać do czytelnika we właściwym czasie. I jeżeli
jest na dodatek znakomita, towarzyszyć mu przez całe życie.

Marek Hłasko, Prozy rozproszone
(Wstęp, opracowanie i redakcja Radosław Młynarczyk). Instytut Mikołowski, 2025.