Dziś mija pierwsza rocznica
śmierci Ozzy’ego Osbourne’a, a właściwie Johna Michaela „Ozzy’ego” Osbourne’a.
O jego odejściu dowiedziałem się z SMS-a od przyjaciela. Zrobiło mi się
naprawdę smutno, bo Ozzy był obecny w moim życiu właściwie od zawsze. Tylko raz
widziałem go na żywo – w 1998 roku, podczas koncertu Black Sabbath w katowickim
Spodku. Stałem pod samą sceną, zaledwie kilka metrów od niego. W pewnym
momencie Ozzy przypieczętował nasze mentalne przymierze, oblewając mnie
strumieniem zimnej wody z wiadra…
Zawsze z przymrużeniem oka
podchodziłem do wszystkich show-biznesowych etykietek: „Książę Ciemności”,
ekscentryk, celebryta z reality show. Dla mnie był przede wszystkim słabo
wykształconym, niepokornym chłopakiem wywodzącym się z biednej angielskiej klasy
robotniczej, który dzięki talentowi i uporowi stał się jedną z największych
ikon muzyki rockowej.
Musiałem go naprawdę bardzo lubić, skoro potrafiłem wybaczyć mu pracę w rzeźni, niesławny incydent z gołębiem podczas spotkania z kierownictwem CBS Records czy zastrzelenie siedemnastu własnych kotów w narkotycznym amoku. Trudno też dobrze ocenić sposób, w jaki za jego aprobatą potraktowano finansowe roszczenia Boba Daisleya i Lee Kerslake’a oraz fakt, że zgodził się nagrać album Black Sabbath „13” bez Billa Warda. Przez większą część życia zmagał się z uzależnieniami i często płacił za nie wysoką cenę. W niczym go to nie usprawiedliwia. Ale gdy odchodzi człowiek, zostaje przede wszystkim to, co po sobie stworzył. Trzeba umieć oddzielić dzieło od twórcy. Jednym zdaniem – Rafał Wojaczek i Black Sabbath to dwa kamienie milowe na mojej duchowej drodze...
Paradoksalnie z muzyką
twórców „Paranoid” zetknąłem się po raz pierwszy dzięki koncertowemu albumowi
„Live Evil”, na którym za mikrofonem stał Ronnie James Dio. W mojej głowie
zaiskrzyło od razu, ale to, co wydarzyło się później, było już czymś znacznie poważniejszym.
Nagrane na marnej jakości szpuli albumy „Never Say Die!” i „Bark at the Moon”
dosłownie przeorały mi mózg. Zwłaszcza „Never Say Die!” – płyta, którą wielu
samozwańczych fanów Black Sabbath do dziś odsądza od czci i wiary. Mnie trafiła
prosto w serce. Jej klimat, wokalna ekspresja i muzyczna wirtuozeria przeniosły
mnie do zupełnie innego wymiaru estetycznego. Kocham tę muzykę! Dla mnie „Never
Say Die!” to najlepszy, obok ikonicznego „Sabbath Bloody Sabbath”, album Black
Sabbath z Ozzym. Z kolei „Bark at the Moon” pozostaje jego najwybitniejszym
dokonaniem solowym. Z solową twórczością Ozzy’ego zawsze miałem zresztą pewien
problem. Nigdy nie satysfakcjonowała mnie w pełni, choć z ogromną przyjemnością
wracam do wszystkich płyt aż do „The Ultimate Sin” włącznie. Późniejsze albumy
już mnie nie poruszały. Dotyczy to zwłaszcza okresu współpracy z Zakkiem
Wylde’em.
Doskonale pamiętam schyłek
PRL-u. Z wypiekami na twarzy oglądałem puszczane od wielkiego dzwonu w
programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Janusza
Ziętary teledyski do „Bark at the Moon”, „The Ultimate Sin”, „So Tired” i „Shot
in the Dark”. Robiły na mnie ogromne, niemal mistyczne wrażenie i tylko umacniały moją fascynację
Ozzym.
Zasłużył nie tylko na mój szacunek, ale na podziw milionów fanów. Tylko dzięki jego ogromnemu hartowi ducha mógł się odbyć ostatni koncert oryginalnego składu Black Sabbath 5 lipca ubiegłego roku w Birmingham, rodzinnym mieście muzyków, na stadionie Villa Park. W tamtym czasie Ozzy ze względu na chorobę Parkinsona nie mógł już chodzić. Na szczęście dał radę wystąpić, a na scenie pojawił się na imponującym tronie z dużym nietoperzem na zagłówku. Niestety, zaledwie nieco ponad dwa tygodnie po wydarzeniu „Back to the Beginning” zmarł.
Została muzyka. Wokal Osbourne'a jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w historii rocka i heavy metalu. Nie był wokalistą wybitnym pod względem klasycznej techniki, ale jego barwa, frazowanie i ekspresja stworzyły wzorzec dla wielu późniejszych śpiewaków metalowych. W młodości śpiewał głównie jako wysoki tenor. Nie dysponował rekordowo szeroką skalą, ale swobodnie wykonywał partie w wysokiej tessiturze, szczególnie w latach 70. Szacunki dotyczące jego zakresu różnią się, jednak większość analiz wskazuje na około 2,5–3 oktawy w najlepszym okresie kariery. Wyjątkowość jego wokalu wynikała z natychmiast rozpoznawalnej barwy, prostych, ale niezwykle chwytliwych linii melodycznych oraz zdolności do budowania nastroju. Ludzie mówią, że był większym showmanem niż wokalistą. Moim zdaniem nie mają racji.
Cześć Twojej pamięci, Ozzy. Spoczywaj w Pokoju!




