wtorek, 30 grudnia 2025

Korespondencja (72)


W nowym tomie poetyckim Macieja Meleckiego wiersze tworzą pole bitwy ekspresyjnego języka z deklarowanym chłodem widzenia i odczuwania. Można je uznać za model języka metaforycznie oparty na „rybim oku”, który sugeruje wycofanie się podmiotu, emocjonalny chłód oraz stan zawieszenia między światami. Przypatrując się powyższemu rozpoznaniu z perspektywy sceptycyzmu wobec konwencjonalnego postrzegania świata – realizowanego poprzez permanentną dekonstrukcję języka – wspomniany rodzaj „oglądu” może symbolizować chłodną, niemal nieludzką obserwację rozpadu rzeczywistości. Zdaje się więc, że w „Chłodniach” Melecki w jakimś stopniu realizuje postulaty ojców filozofii literatury, takich jak Paul de Man czy Jacques Derrida, którzy podkreślali, że język nigdy nie jest transparentnym medium rzeczywistości, a literatura może eksponować jego niepewność. Autor „Przeciwujęć” znakomicie reinterpretuje tę teorię na przykład w wierszu „Bezmiejsca”, w którym zawarł obraz czasu i życia jako procesu nieustannego przesuwania się, rozproszenia i przemijania. Wszystko jest tu w ruchu, lecz w ruchu, który prowadzi nieuchronnie do stopniowej degradacji lub całkowitej utraty.

Wciąga cię tęgi spoczynek bezpowrotnej dali i bezstronne przejścia prowadzące do
Końca danego zatrzymania stają się skrawkami pędzących kadłubów osmotycznej
Jawy, pochodzących z ogołoconych wnętrz, i jak pobocza danego odcinka, przecinają
Rozpościerające się wszerz nieużytki naszego trwania w energetycznym uwiądzie,
Odgałęzienia zmierzające zawsze poza swój grzbiet horyzontu, owego nagminnego
Położenia w przetłoczeniu ziarnistymi strumieniami wypełniającymi wysuszone zimnem
Koryta danej chwili, jaka staje się natychmiast przeszłym zaborem kolonizującym tkanki
Tej wietrzej szatkownicy, gdzie każdy trąca każdego, by, choć na krótko, porzucić

Swą jałową kwadraturę i rozprowadzać swoje kręgi zaniku po coraz lotniejszym szachu
Martwiejących dni, kiedy jesteś jednym z garstki siedzących na szczycie skarpy, którzy
Rytualnie żegnają się z tym, kogo już właśnie nie ma (…).

W nowych wierszach Meleckiego jednostka ludzka jawi się jako „element rozdźwięku” pomiędzy ruchliwym „tłumem” a indywidualnymi emocjami, które z tego choćby powodu wydają się zamrożone, zredukowane do śladu, do napięcia między wersami. W tym ujęciu wspomniana „tłuszcza” wydaje się nazbyt ruchliwa, kompulsywnie pobudzona, zapętlona w ciągłym, dookolnym ruchu, w którym jednostkowe cierpienie poddawane jest wykluczającym działaniom sił odśrodkowych, za których sprawą tworzy się widoczny już „gołym okiem” kontrast między osobistym doświadczeniem straty a anonimowym, mechanicznym ruchem społecznego życia. Na tym tle powstaje przestrzeń pozorowanego świata, niestałość tożsamości i percepcji, a przede wszystkim odczuwany staje się chłód jako stan zarówno materialny, jak i metaforyczny. Z tego kontrastu, a w zasadzie z tej szczeliny pomiędzy światem wewnętrznym a zewnętrznym, rodzi się psychologiczny wymiar straty, jej mechaniczność i nieuchronność, a także daremny wysiłek racjonalnego komunikowania się i zachowania tożsamości w labiryncie codziennego chaosu. W rezultacie mamy do czynienia z poezją, która tworzy własny „matrix” – wizję świata, w jakiej człowiek funkcjonuje na granicy między organizmem a mechanizmami złożonymi z rozmaitych trybów i trybików oraz językowymi konstruktami rzeczywistości. Z tego względu to, co podlega znaczeniowemu „rozwłóknieniu” według Meleckiego, może zostać scalone tylko w jeden sposób – poprzez zmianę perspektywy: otóż człowiek jest już tylko wypadkową konstrukcji językowych („kolejnym nieistnieniem w tej zenitalnej / Zadyszce losu”), które porządkują chaos doświadczenia i doświadczania.

Przygrobny mur dzieli utratę na dokonaną i wciąż jeszcze nie do końca odczuwaną,
Szczerzącą się z tych rozbieganych klepisk pospólnych utyskiwań i bieżących
Wzmożeń, rosłych jak pęk ostów ściętych kłodą dni, w omamie tłumu schodzącego
Z góry i idącego pod nią, jakby nigdy nie mógł się zatrzymać w swej chromej luce,
Czeznąc nieustannie na wszelkie zawołanie osowiałego echa, zbłąkanego w rombie
Samoistnej zatraty. Meandrujemy między płaskością pospolitych części domkniętego
Systemu naszych zstąpień w coraz bardziej czelustny ugór, a pofalowanym ujściem
W rozchybotaną toń krzepliwych uchybień, tworząc nowy przybój szczepów
Konkretnych zniknięć, jako dowodów na kolejne nieistnienie w tej zenitalnej
Zadyszce losu
, kiedy nawarstwione deski układają się w spadziste koryta dalszego

Pobywania w oddzieleniu, spoza tych pował przybywają bowiem do nas rojne
Zamachy młyńskiego koła tej i tamtej nocy, dzięki czemu kolczasty krąg sumy
Wszystkich wtrąceń zaciska się po każdym dokręceniu gwintu śruby, na skutek czego
Bezruch staje się poziomą marą dalszych bezcelowych poczynań. Straty są tylko
Zdławieniami próśb o milimetr przerwy, zaś komunikacyjne pasma morowym
Zagonem kolejnych prześlepień kościejących wyrw na tym odludnym przęśle
Naszego zawieszenia w próżniowym stanie dalszego rozwłóknienia, które chciwie
Się rozkorzenia w każdej stopie ucieczki poza dookolną bandę, wieńcząca ten
Płochy zryw (…).

[„Części strat”]

„Chłodnie” najwięcej mówią o języku – o tym, co mu się wymyka, meandruje i zmienia sens, przez co ów język staje się nieufny wobec samego siebie. Poeta stawia przed czytelnikiem kolejne mantry fraz, urywa składnię, zagęszcza metafory, doprowadza znaczenia do punktu, w którym zaczynają one drżeć i tracić stabilność. Wiersz jest tu nie tylko zapisem przeżycia, lecz przede wszystkim procesem myślenia, momentami niemal laboratoryjnym. Ma się wrażenie, że obcuje się z notatkami demiurga, twórcy „językowego ceremoniału”, w którym sprawdzane są granice mowy i percepcji. Właśnie w tym napięciu – między próbą nazwania świata a świadomością, że każde nazwanie jest niepełne – rodzi się najważniejszy przekaz tej poezji. Melecki, z jej pomocą, pokazuje (a za Derridą – „odracza jej sens”), że język nie jest narzędziem literalnego opisu rzeczywistości, lecz przestrzenią ciągłego eksperymentu, w której ujawniają się zarówno możliwości, jak i ograniczenia ludzkiego poznania.

W tomie nie ma historii, które można by streścić, ani obrazów, które łatwo zapamiętać. Zamiast tego pojawia się seria napięć: między materią a pojęciem, między ciałem a językiem, między obecnością a zanikiem. Świat przedstawiany jest postapokaliptycznie, bowiem pozostały po nim jedynie ślady, resztki, echo. Poezja ta mówi więc nie o tym, co jest, ale o tym, co się oddala, zanika. Widmowemu tłu, o którym już wspominałem, towarzyszy constans – zimny stupor, który zamraża ludzkie tkanki, przez co każde działanie człowieka jest działaniem pozornym. Jednostka w egzystencjalnym uporze nieustannie próbuje ocaleć (ocalić coś z siebie), ale nic z tego nie wychodzi, ponieważ żyje w systemie, rutynie albo języku, który nie prowadzi do prawdy, tylko do powielania jej kolejnych alternatywnych wersji. Tym samym człowiek staje się rzeczą, jest elementem mechanizmu, w którym język przestaje być narzędziem porozumiewania się, przez co nie ma możliwości ustalenia sensu.

                                          (…) Przenoszę tylko grudki błota z wnętrza mieszkania
Do wnętrza innej komory, deregulowany niskimi okapami martwych punktów na
Mapie rozlicznych usterek pobywania w jednej i tej samej trasie, przecinany i szatkowany,
W cuglu szczelnego przywarcia do samobieżnej mierzwy. Marne mary dookolnego
Zwidmowienia poszerzają jego zakres oddziaływania na najmniejsze ogniwo pospólnej
Manipulacji, na którą każdy jest bezwiednie skazany w swym studziennym przepadaniu
Po zamurowaniu odmową dalszej rozmowy, żyjąc w dwu równolegle osobnych zaświatach
Swego urzeczowienia, przyspieszając prędkość ślepego losu, pogrążywszy się w
Poszczególnych rozszczepieniach niekrzepliwych już faz osiadłych na suchych krańcach
Mrozu (…).

[„Zwidmowienia”]

„Chłodnie” jawią się więc nie tylko jako propozycja dla czytelników poszukujących poezji – pozornie tylko hermetycznej – której język nie jest neutralnym medium, ale polem badania rzeczywistości. Przyciągający chłód tej poezji opiera się na zdyscyplinowaniu i odsunięciu powierzchownych emocji na rzecz analizy – stopniowego wchodzenia w strukturę tekstu, śledzenia jego zwichnięć, powtórzeń i przesunięć znaczeniowych. Jako fan twórczości Macieja Meleckiego śmiało nazwę ją „Wielkim Projektem” – zasługującą na bezwzględny szacunek próbą stworzenia spójnego systemu znaczeń, który obejmowałby zarówno rzeczywistość, jak i sposób jej językowego przedstawienia. Jednocześnie jednak projekt ten nigdy nie zostanie domknięty: w jego strukturze pojawiają się miejsca, w których przywołany przeze mnie już wielokrotnie sens nieustannie się rozszczelnia, rozprasza lub zaczyna wymykać jednoznacznej interpretacji. Stąd też wynika jego kluczowa cecha – daremność, która sformatowanych poetów zawsze będzie odrzucać, natomiast przywoływać do swoich chłodni wyłącznie tych o gorącym języku i krwi.

Maciej Melecki, „Chłodnie”. Fundacja Kultury „Afront”, Bukowno 2025

2 komentarze:

  1. "Tej wietrzej" - w pierwszym cytacie - czy to literówka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To możliwe, ale i ma swój urok. Symbol nie wietrzeje - na przykład, tak. Pozdrawiam!

      Usuń