
„W drodze na ruinowisko bywają momenty, w
których zawodzi logistyka. Auto oddane do reperacji, albo komunikacja międzymiastowa nie przewiduje żadnych form pomocy w postaci
przyjaznego rozkładu jazdy (w ofercie jest tylko rozkład), przez co bazarek
staje się odległy jak niegdyś rzymska Dacja”. To już było w poście Wyciąg
(variations) z 24 września 2020 r. A więc prawie dwa lata przy okazji celebrowania wyciągu z ruinowiska nie towarzyszyła mi „testowa bezdomność’, zatem wypadłem z
wprawy. Po długiej, deszczowej nocy spędzonej częściowo na dworcowej
ławce, a częściowo na rampie biur i pomieszczeń socjalnych dawnej giełdy
samochodowej bolały mnie wszystkie kości i organy, a sen morzył przez cały następny
dzień. Niedolę pomogły mi przetrwać kawa w termosie i o trzeciej nad ranem połączenie z moim Wydawcą, do którego mimochodem wykonałem telefon, siadając ciężkim
zadem na betonie (z komórką w tylnej kieszeni spodni, nacisk na ekran dotykowy losowo
wybrał właśnie jego numer). Na szczęście R. G., podobnie jak ja, nie prowadzi zbyt higienicznego trybu życia, stąd swobodnie mogliśmy przeprowadzić naszą nieco
psychodeliczną rozmowę. Nazajutrz przestało padać, co pomimo klejących się powiek
pozwoliło mi dojrzeć i wyłowić z ruinowiska takie artefakty jak m.in.: Manhattan
Transfer, Bruce Springsteen, Captain Beffheart, Stephane Grappelli, Nico, The
Cardigans, New Model Army, The Bomtown Rats, Igor Stravinsky, Placebo i Johnny Logan
(wszystkie wymienione CD błyszczały srebrzyście pośród gruzów, jak księżyc). Ale
to nieprawda, bo srebrne krążki były zamknięte w pudełkach, w nocy zaś był niski pułap chmur. Prawdą
jest tylko senność i wyczerpanie, które jeszcze długo miały nade mną władzę.
Jak przez sen słyszałem muzykę.