środa, 10 września 2014

Urodziny Tuwima w Łodzi



W dniu 13.09.2014 roku o godzinie 18.00 Dom Literatury w Łodzi wraz z Pałacem Młodzieży im. Juliana Tuwima w Łodzi organizuje na terenie przed YMCA (Moniuszki 4a) „Urodziny Tuwima”. W programie: wideomapping, koncert, Turniej Jednego Wiersza, Teatr Ognia i inne.

Turniej Jednego Wiersza o Laur Juliana Tuwima ma charakter otwarty. Zgłoszenia będą przyjmowane zaraz przed turniejem, jak i w jego trakcie. Jeden wiersz, nigdzie niepublikowany i nienagradzany w innych konkursach należy odczytać osobiście i złożyć jeden egzemplarz (wydruk, maszynopis) na ręce Jury. Jury, powołane przez organizatora, wręczy nagrody pieniężne i rzeczowe. Mile widziane będą wiersze inspirowane twórczością Juliana Tuwima.

DOM LITERATURY
ul. Roosevelta 17
90-056 Łódź
tel. 42 636 68 38
tel./fax 42 636 06 19
e-mail: kontakt@dom-literatury.pl

poniedziałek, 8 września 2014

Golenie brzytwą

Z perspektywy ponad czterdziestu lat historii rocka można dziś z całą pewnością powiedzieć, że pewnych rzeczy nie da się lepiej zagrać niż uczynili to wcześniej m.in. Jimi Hendrix, The Doors,  Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple, Genesis i King Crimson. Dominująca większość współczesnej muzyki rockowej to zaledwie powtórka z rozrywki; dodawanie nowych elementów do sprawdzonego kanonu. Niewiele rzeczy jest w stanie przebić brzmienia minionej epoki rocka. U2, Metallica, Radiohead, Placebo, kto jeszcze? Cała zaś reszta czerpie pełnymi garściami z tego co już było, starając się równocześnie twórczo „fastrygować” tradycję na swój własny, indywidualny sznyt. To właśnie stamtąd (od strony szlachetnych wzorców z przeszłości) przyszła ostatnio nowa/stara moda (rock kołem się toczy) na tzw. „retro granie”.

Wpisuje się w nią blues rockowy kwartet z Long Beach równie głęboko zanurzony w starym dobrym rocku, jak niegdyś beatlesowska łódź podwodna w nurcie kształtującym historię muzyki niemal od nowa. Pierwsze nagrania z albumu Great Western Valkyrie nie pozostawiają w tej kwestii żadnych wątpliwości. Singlowe Electric Man (Take You to the Sugar Shack) to dawka potężnych, rytmicznych riffów, których nie powstydziłby się sam Lenny Kravitz, gdyby tylko tak bardzo mu nie zależało na popowej popularności, a Good Luck (It’s Going to Hurt Right Now) brzmi tak, jakby „naspidowani” do granic możliwości kolesie z The Blues Brothers, przestali w swoim czasie robić sobie jaja. Nikomu nie jest wcale do śmiechu, kiedy w Secret (Just Bring Me a Jar Fulls of Shine) oraz Play the Fool (The Way That Girls Talk) Rival Sons czerpie pełnymi wiadrami ze źródełka Led Zeppelin, a te wiaderka są ze szczerego złota (gdyby Rival Sons robili to nieudolnie, do dyspozycji mieliby wyłącznie tykwy). Wokalista Jay Buchanan ryczy jak Plant, a Plant jeśli tylko kiedykolwiek słuchał jego głosu, teraz płacze rzewnymi łzami nad utraconą młodością, wyrównując przy okazji poziom wody występującej w źródełku (gdy dokładnie w tej samej chwili Page szlocha nad zgubionymi riffami).

W Good Things (Boy With a Bomb In His Jacket) moc siły nośnej przenosi Rival Sons w rejony jeszcze bardziej odległe, niż gorące powietrze i żar bijący od płonącego Hindenburga. The Animals, a nawet Proccol Harum (ach, te klawisze z końca lat 60. XX w.) to protoplaści tej kompozycji. Oczywiście, słychać tu także wpływy dnia dzisiejszego, zwłaszcza echa The Dead Weather. A także wielką kulturę muzyczną, która implikuje tego rodzaju porównania, a przy tym tworzy ciągłość i żywotność tradycji. Wystarczy poznać Open My Eyes (Folding Like a Jack Knife), żeby przekonać się, ile jest w nim nawiązań do przeszłości: Grand Funk Railroad, Creedence Clearwater Revival, Guess Who, Jack White – wszystko tam jest! Także psychodeliczna estetyka przeniesiona w czasy współczesne za pomocą kongenialnego Rich and The Poor (Her Teeth Bound by Braces). W dobrym, sprawiedliwym i przyjaznym świecie to właśnie on powinien stać się muzycznym motywem przewodnim Bonda przyszłości! Jay Buchanan (śpiew), Scott Holiday (gitary), Michael Miley (perkusja) oraz muzycy towarzyszący Rival Sons w studio: Ikey Owens (instrumenty klawiszowe), Mike Webb (klawisze w Where I’ve Been) i Kristen Roders (śpiew w chórkach) – szukajcie tych nazwisk w czołówce kolejnego filmu o przygodach agenta 007 (nakręconego już w nowym, wspaniałym świecie).

Belle Starr (The Gem Inside Sparkles Yet) to cudna blues rockowa ballada, która na szczęście nie ma w sobie nic z pretensjonalnej prostoty, będącej tak często udziałem kapel w rodzaju Nazareth, czy Uriah Heep. Ma za to pazur, przez który można wciągnąć na palec masywny pierścień z wygrawerowanym napisem: Wolfmother. Można też tym samym palcem wskazać na południe, i tam odnaleźć przedostatni na płycie Where I’ve Been (The Habit Wasn’t Cheap), który ma w sobie coś z wyluzowanego The Black Crowes. Uwielbiam tego rodzaju sentymentalne podróże w przeszłość, jeśli tylko na ostatnim postoju czeka na mnie coś tak genialnego (czytaj: klasycznego) jak Destinatiom on Course (Slipped from the Rail), które brzmi mi w uszach niczym coda dla mojego własnego życia z muzyką u boku; z jej niespokojnym pulsem, który tyle razy pozytywnie mnie nakręcał rockiem, bluesem, jazzem i psychodelią, abym przypadkiem nie zatrzymał się w miejscu zapuszczając wąsy.

Rival Sons, „Great Western Valkyrie”. Earache, 2014

czwartek, 4 września 2014

Wiersz w „Dzienniku Łódzkim”

W dodatku o książkach, pisarzach i wydarzeniach literackich w Łodzi i województwie „Kocham Czytać” (dodatek do „Dziennika Łódzkiego” Nr 203, wydanie z dn. 02.09.3014 r.) w rubryce „Atlas poezji”, ukazała się krótka notka pod tytułem „Mrok znad Pilicy”, anonsująca wiersz „Planeta Krawiec”. Pisze w niej Łukasz Kaczyński: „Jako jeden z nielicznych tytułów prasowych prezentujemy poezję współczesnych autorów – jak przystało na „Dziennik Łódzki” związanych z Łodzią i województwem łódzkim. Piotr Gajda urodził się, mieszka i pracuje w Tomaszowie Mazowieckim. Jest autorem książek poetyckich „Hostel”, „Zwłoka” i „Demoludy”. Ta ostatnia ukazała się w 2013 roku nakładem cenionego Instytutu Mikołowskiego. Również tam, jeszcze w tym roku, ukaże się nowa książka poety („Golem”), z której pochodzi prezentowany wiersz”. Od siebie dodam, że „Dziennik Łódzki” jest największą i najstarszą (ukazuje się od 1884 roku) gazetą regionu łódzkiego. Poniżej wspomniany tekst wraz z wierszem (wydrukowanym w odmiennym od oryginału zapisie). Zainteresowanych zapraszam do lektury.

wtorek, 2 września 2014

Dorota Ryst i Joanna Pucis w Łodzi

Szkoła Malarstwa i Rysunku Piotra Króla zaprasza w ramach Festiwalu Sztuk Freskopolis na wieczór poetycki Doroty Ryst i Joanny Pucis „Ślady”, który odbędzie się 6 września 2014 roku o godzinie 18.30  na terenie SMiR ul. Limanowskiego 157 w Łodzi. Poetkom akompaniować na gitarze będzie Paweł Łęczuk. 

poniedziałek, 1 września 2014

Muzyka w ramie obrazu

Mam taką prywatną teorię, która mówi o tym, że Tori Amos od kilku lat znajduje się w twórczym impasie. Artystka uwielbiana przez wierną publiczność za konfesyjną twórczość muzyczną oraz brodzenie pod prąd komercyjnego showbizu, jakoś nie może się ostatnio do końca odnaleźć, z płyty na płytę tracąc swój artystyczny impet z czasów Little Earthquakes i Under the Pink (chlubnym wyjątkiem niech będzie tu Abnormally Attracted to Sin z 2009 roku). Ostatnie pięć lat to dowód tego zagubienia, któremu towarzyszy cała seria uników w postaci świątecznego albumu Midwinter Graces oraz serii albumów nawiązujących do muzyki klasycznej, jak Night of Hunters i Gold Dust (z orkiestrową aranżacją swoich dawnych „przebojów”). Do tego w 2013 roku Amos współtworzyła (muzyka i teksty) londyński musical The Light Princess i obecnie uczestniczy w nagraniach wersji płytowej przedstawienia. Najnowsze dokonanie Tori, tegoroczny album Unrepentant Geraldines, to pierwsza od 2009 roku płyta nawiązująca do oryginalnego stylu tej niewątpliwie utalentowanej artystki, której ostateczny kształt powstał dzięki współpracy z polskim kwartetem Apollon Musagète i załogą London’s National Theatre.  

Niestety, najnowsze dzieło autorki Boys for Pele przynosi sporą porcję kameralnej i oszczędnej w warstwie aranżacyjnej muzyki, która oscyluje głównie między amerykańską tradycją folkowego grania, z wyraźną szkodą dla europejskiej progresji w stylu uprawianym przez uwielbianą przeze mnie Kate Bush. Napisałem „niestety”, ponieważ piękny i trochę nierzeczywisty głos Amos jest jak klejnot – potrzebuje należnej mu oprawy. Tymczasem na Unrepentant Geraldines został on pozostawiony „sam sobie”, spowity jedynie w atmosferyczną (przestrzenną) i lekko senną aurę instrumentalną. Przynajmniej tak się mi wydawało po ukazaniu się w marcu singlowego Trouble’s Lament, który nie wywołał u mnie zbytniego zachwytu (w odróżnieniu do strony B singla – piosenki Promise). Na dwoje więc babka wróżyła.

Na szczęście jest lepiej niż można było początkowo przypuszczać. Co prawda zarówno America (zasadniczo to pieśń o dwóch Amerykach, z których jedna pozostaje w uśpieniu), jak i Trouble’s Lament brzmią mocno folkowo (ten drugi to w zasadzie wyłącznie gitarowo-fortepianowy podkład), to jednak słychać w nich dawne zaangażowanie wokalne Tori, która w Trouble’s Lament deklaruje swoją gotowość do walki o dusze dziewczyn z całego świata, stawiając czoło Szatanowi, tańcząc na mieczu archanioła Michała. Można jej wierzyć, kiedy po tym dosyć średnim otwarciu niespodziewanie poraża mnie piosenką Wild Way, czyli wszystkim tym co w jej twórczości bywa najlepsze: podniosłymi fortepianowymi pasażami i żarliwym tekstem o miłości (…nienawidzę tego, że jesteś jedynym, który jednym ruchem palca może sprawić, że czuje się piękna… – śpiewa Tori). Ten doskonały klimat lekko niweczy „chóralny” Wedding Day, za to w zamian usłyszymy w nim jak oto życie przekłada się na twórczość – odkąd amerykańska artystka zamieszkała w Irlandii, nieobca stała się jej tamtejsza muzyczna tradycja.

Po Wild Way wydaję mi się, że jestem przygotowany na nagły cios w serce, lecz mimo wszystko melancholijny i nastrojowy Weatherman przyprawia mnie o jego bolesne ukłucie. Utwór ten to czysty roztwór „Tori w Tori”, genialnie podkreślony pogłosem nałożonym na wokal. Tylko głos i piano. I ten moment, kiedy niepowtarzalna Amos artykułuje słowa prawie w ten sam sposób, jak niegdyś robiła to sama Kate Bush (w czym żadnego zarzutu być nie może, bo czyż można zarzucać Dylanowi, że coś tam zaczerpnął od Guthriego?).

16 Shades of Blue ma wreszcie taką instrumentalną oprawę, jaką lubię na jej płytach. Doskonałym partiom wokalnym towarzyszą tu elektroniczne loopy i trochę bardziej połamane rytmy. To utwór, który z powodzeniem mógłby się znaleźć na jednej z moich ulubionych płyt artystki – na From the Choirgirl Hotel z 1998 roku (podobnie jak kolejny, doskonały Maids of Elfen-mere na Lionheart Kate Bush). Zadziwia Promise, duet Amos z trzynastoletnią córką Natashyą, która najwyraźniej odziedziczyła wielki talent po matce. Promise to pop-soulowa piosenka o relacjach matki z córką, opartych na wzajemnym zaufaniu i miłości. A to, po dawnych dramatycznych przeżyciach będących udziałem Amos (patrz piosenka Me and a Gun z płyty Little Earthquakes), wiele musi dla niej znaczyć. O Giant's Rolling Pin niewiele więcej można powiedzieć niż to, że artystka po prostu swobodnie bawi się jego wykonaniem (chyba jednak nie do końca; obok opowieści o wałkowaniu ciasta i wypiekach, znalazło się w nim miejsce na aluzję do FBI i NSA) przez chwilę wyłamując się nieco z wyciszonej konwencji całej płyty. Z kolei utwór Selkie to powrót do balladowej konfesji oraz intymnego nastroju. Słuchając go pomyślałem, że gdzieś jest granica absorpcji podobnych do siebie piosenek. Z jednej strony świetnie, że Tori Amos odwróciła się od odrobinę nudnawych rejonów klasycznych, lecz z drugiej przydałoby się pewne urozmaicenie (wzbogacenie aranżacyjne) nowych utworów.

Ponieważ kolejne nawiązują do sztuk plastycznych odwołując się m.in. do akwafort Maclise’a, obrazów Cézanne’a, czy ornamentów w drewnie Rosettiego, tytułowa piosenka to muzyczna opowieść o postaci z akwaforty Macklise’a – pątniczce imieniem Geraldine, za którą kryje się drugie dno w postaci licznych podtekstów odnoszących się do kobiecej seksualności i duchowości. Muzycznie to najbardziej „popowy” kawałek na Unrepentant Geraldines (oczywiście w rozumieniu popu przepuszczanego przez pryzmat tej na wskroś indywidualnej twórczości). Doskonała rzecz! Delikatny Oysters dzięki interpretacji Tori wydaje się być wręcz szkatułkowy. Wiadomo przecież, że Amos znana jest z tego, iż jej piosenki oprócz powierzchownej interpretacji miewają często głęboko ukryte, inne znaczenie. Kompozycja Rose Dover, podobnie jak i Giant's Rolling Pin odbiega stylistycznie od pozostałej zawartości płyty, wybijając poniekąd słuchacza z dotychczasowego rytmu oraz nastroju. Do końca nie wiem, czy to aby dobrze? Na szczęście w Invisible Boy powracamy do ulotnych, melancholijnych klimatów, które czasem przynosi ze sobą samo życie. A przecież Tori na swoich płytach zawsze śpiewa wyłącznie o nim. 

Z czym zatem zostajemy po wysłuchaniu Unrepentant Geraldines? Mianowicie, ze świadomością, iż daj Panie Boże taką postać chwilowego zagubienia wszystkim twórcom znajdującym się akurat w artystycznym impasie! Bo, gdyby tak wyrzucić z tego albumu trzy, cztery zbędne utwory, mielibyśmy do czynienia z dziełem być może niedorównującym najjaśniejszym momentom w karierze Amos, ale mimo to intrygującym (Wild Way, 16 Shades of Blue, Promise, Unrepentant Geraldines). A tak, mamy przed sobą dobrą płytę Tori, której muzyka przybrała formę w jakiej od dawna nie mieliśmy okazji jej słuchać. 

Tori Amos, „Unrepentant Geraldines”. Mercury Classics, 2014