Instytut Mikołowski zaprasza na
spotkanie z Dariuszem Bitnerem wokół powieści "Fusy" (wyd. Afront,
2025). Prowadzenie: Maciej Melecki i Krzysztof Siwczyk.
10. 04. – godz. 18
Dariusz Bitner, urodzony w Gdyni w 1954
roku, od 1958 mieszka w Szczecinie. Debiutował w 1970 r. Kojarzony przede
wszystkim ze środowiskiem pisarzy skupionych wokół miesięcznika Twórczość. Jego
proza poświęcona jest najczęściej problematyce współczesnej. Wydał m.in. Cyt
(powieść), Owszem (utwory prozatorskie), Kfazimodo (powieść), Trzy razy
(tryptyk prozatorski), Mała pornografia (powieść) oraz: Jesień w Szczecinie,
czyli majaki cynamonowe (powieść w esejach, 2011), Wciąż jesień, czyli inne
majaki cynamonowe (powieść patchworkowa, 2016), Ostatnia jesień przed zimą,
czyli koniec trylogii cynamonowej (powieść w trzech rozdziałach, 2018), Fikcja
(powieść, 2018), Wędrowiec (powieść, 2020) i w roku 2014 Cud, powieść, która
jest ostatnim rozdziałem powieści Fusy.
O książce:
„Jeśli spojrzeć na swoje dokonania z perspektywy czasu, a nikt nie jest wolny od takiej refleksji, zazwyczaj popada się w melancholię, niezależnie od tego, ile ma się osiągnięć, ile sukcesów… Zawsze z tyłu głowy czai się obawa, schowana w dwóch słowach: „zmarnowałem życie”. Niewykorzystane możliwości, błędy, za które płaci się sumieniem. Mało kto odczuwa satysfakcję i dumę, niewielu pod koniec życia osiąga spokój – ten stan ducha, który być może jest największą zdobyczą, złotym pucharem.” – mówi Autor. W książce „Fusy” bohater, Eligiusz, spogląda na swoje czyny i emocje z perspektywy końca. Jest rok 2034 – więc czas, który dopiero nadejdzie (chociaż nadejdzie szybciej, niż się komukolwiek zdaje) – Szczecin nie jest już polski, a bohater znajduje ostatnią dla siebie przystań: w miłości. Jedynej niezmiennej. Rozpatruje to, co minęło – chwile wzniosłe i śmieszne, tragiczne i byle jakie. Widzi swoje życie jako metaforę wypitej filiżanki herbaty, która tak naprawdę smakuje dopiero pod koniec, gdy już niewiele zostało…Róża, pierwsza młodzieńcza miłość Eligiusza, odsłania przed nim prywatną ideę fusów. Po dobrej herbacie (nie takiej z torebki, nie z esencji w dzbanuszku) zostają fusy. „Fusy muszą być fizycznie, tylko one nadają sens powolnemu upijaniu coraz chłodniejszego płynu, w takim tempie, by na koniec jeszcze sączyć ciepło. W końcu – łyk za łykiem – wypijamy całą zawartość filiżanki albo kubeczka, herbatę gęstą, treściwą; pijemy coraz wolniej… aż zaczynamy sączyć samą esencję z fusów, jeszcze kropelka, jeszcze, wysysamy sok, cierpliwie, i nie ma już nic, tylko fusy. Suche. Echo tego co było, wspomnienie, ślad, widmo. To, co zostaje. Zawsze. Tylko fusy. Herbata – od połowy coraz bardziej wyrazista, pod koniec skondensowana i gorzka, atakuje język i policzki od środka, wprawia w stan hipnotycznego odrętwienia, by na koniec oddawać samą gorycz, stężałą, podobną do zastygłej krwi. To fusy, zawsze”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz