Chichot (z) poezji
Ogólnopolskie konkursy poetyckie i turnieje jednego
wiersza stanowią istotny element środowiskowej bańki. Są ważne zwłaszcza dla
początkujących autorek i autorów, którzy dopiero zaczynają swoją nie-przygodę z
poezją. Oferują minimalną rozpoznawalność i kontakt z jurorami (bywa, że są to persony przeceniane, z zaburzonym ego, ale to już inna sprawa) – osobami poetycko doświadczonymi, którzy zazwyczaj
mają na koncie wydane książki i inne publikacje. Ważne, żeby udziału w OKP
i TJW nie wydłużać w nieskończoność, traktując go z czasem jako źródło dochodu
i jedyną opcję (z braku innych) uczestnictwa w życiu literackim. Autorzy z dorobkiem książkowym, z publikacjami prasowymi na koncie uporczywie rozsyłający swoje wiersze na konkursy lub deklamujący je ze sceny wśród osób jeszcze przed
debiutem, przypominają sportowców-olimpijczyków biorących udział w olimpiadzie
szkolnej. Czy stojąc potem na podium, czują się z tym dobrze?
Co ja się tu wymądrzam, skoro jeszcze w zeszłym roku
sam wziąłem udział w wydarzeniu pod nazwą „Stowarzyszenie
Żywych Poetów i przyjaciele – prezentacje autorskie gości imprezy i konkurs o
nagrodę publiczności”, czyli czymś na kształt TJW. Na swoje
usprawiedliwienie powiem tylko, że nie miałem o tym zielonego pojęcia. Na offie 27. edycji festiwalu literackiego Syfon w Brzegu, już
po swoim spotkaniu autorskim prowadziłem intensywne rozmowy i innego rodzaju
animacje, gdy nagle zostałem wyczytany przez Radka Wiśniewskiego do
przeczytania wiersza. Zaskoczony, sądząc, że to kolejny festiwalowy element
programu (słyszałem, jak ludzie w sali obok czytali swoje wiersze) wziąłem ze stolika Rafała
Gawina „To bruk”, wyszedłem na środek „Herbaciarni”, wybrałem losowo wiersz z książki
i go przeczytałem. Później, o zgrozo!, zorientowałem się, że to były poetyckie
szranki. Na szczęście mój wiersz nie zdobył uznania publiczności, bo raz – nie mógłbym napisać tego, co właśnie napisałem, dwa – ze wstydu
wcale nie byłoby mi do chichotu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz