niedziela, 1 lutego 2026

Korespondencja (74)

   Do „Hostelu”, dzięki uprzejmości Maćka Meleckiego, dotarła wydana w Instytucie Mikołowskim książka Marka Hłaski Prozy rozproszone. Zbiór zawiera utwory napisane w latach 1952-1956, a więc są to i juwenilia i teksty rozproszone pochodzące z okresu, w którym pisarz ciężko pracując nad swoimi tekstami dopiero szlifował charakterystyczny dla niego idiom pisarski, tak charakterystyczny dla wydanego w roku 1956 Pierwszego kroku w chmurach. To proza nieco jeszcze odległa od późniejszych dzieł Hłaski wyrastających z brutalnego realizmu i egzystencjalnego niepokoju, prozatorsko oszczędnych, opartych na dialogu i potocznej frazie, która brzmi jak mowa ulicy, barów i dworców. Hłasko celowo odrzucał psychologiczną głębię na rzecz gestu, sytuacji i napięcia między bohaterami; czystych emocji, gwałtownych, często wyrażanych  półsłówkami. Świat przedstawiony przez dojrzałego pisarsko pisarza to przestrzeń moralnego absolutu: dobro i zło nie podlegają negocjacji, a kompromis oznacza klęskę. Bohater Hłaski — młody, zbuntowany, samotny — jest figurą outsidera, który przegrywa, ale nie kapituluje wewnętrznie.

   Najpełniej ten idiom wybrzmiewa w opowiadaniach Pierwszy krok w chmurach i Cmentarze, gdzie codzienność PRL-u zostaje odarta z ideologii i pokazana jako przestrzeń upokorzenia i niespełnienia. W Ósmym dniu tygodnia Hłasko tworzy przejmujący portret miłości skazanej na porażkę przez społeczną i egzystencjalną ciasnotę, a w autobiograficznych Pięknych dwudziestoletnich mitologizuje własną legendę pisarza przeklętego. Późniejsze utwory emigracyjne, jak Sowa, córka piekarza, zachowują ten sam ton rozczarowania i gniewu, potwierdzając, że idiom Hłaski to nie tyle styl epoki, ile konsekwentna postawa wobec świata.

   Marek Hłasko, niezapomniany pisarz mojej młodości, absolutny top prozatorski, którego w latach siermiężnego PRL-u byłem zdeklarowanym czytelnikiem. To były czasy, w których to, co nie udało się o kilka dekad wcześniej socrealizmowi, zakończyło się powodzeniem w przypadku mojego pokolenia — roczników sześćdziesiątych XX wieku: ukształtowaniem późniejszych postaw życiowych, w tym wyznawanych wartości ideowych i estetycznych. Marek Hłasko, Ireneusz Iredyński, Andrzej Brycht, Edward Stachura (prozaik) — to była literacka szarża przez przełęcz Somosierry. Oddałbym wiele, by i dziś poczuć takiego „kopa” jak wówczas przy lekturze Opowiadań, Palcie ryż każdego dnia Hłaski, Dancingu w kwaterze Hitlera, Wycieczki do Auschwitz-Birkenau, Zmiennej ogniskowej, Hubrisa Brychta, Manipulacji, Dnia oszusta Iredyńskiego czy Całej jaskrawości, Siekierezady Stachury.

   Hłasko. Pierwszy kontakt: szkoła średnia, rok 1983, i wydane w „Czytelniku” w 1976 roku Opowiadania. Kilkakrotnie wypożyczałem je z biblioteki — podobnie jak zapewne wielu innych czytelników — bo za każdym kolejnym razem wypożyczony egzemplarz coraz bardziej rozpadał mi się w rękach. Zawsze omijałem pierwsze z nich, Bazę Sokołowską, ponieważ pachniała mi nieprzyjemnie wspomnianym już socrealizmem. Za to Pierwszy krok w chmurach, Śliczna dziewczyna, Namiętności, Krzyż na zawsze wryły się w moją pamięć. Jakiś czas później, dzięki znajomościom w lokalnej księgarni, w której mogłem kompulsywnie przeczesywać ukryte na zapleczu półki (tak zdobyłem m.in. Song of Myself Whitmana, WL 1992), kupiłem w 1989 roku „spod lady” pięciotomowe Utwory wybrane Czytelnika. Boże, cóż to było za szczęście! Tom 1: Opowiadania. Tom 2: Ósmy dzień tygodnia. Cmentarze. Następny do raju. Tom 3: Wszyscy byli odwróceni. Brudne czyny. Drugie zabicie psa. Tom 4: Felietony. Listy. Palcie ryż każdego dnia. Tom 5: Piękni, dwudziestoletni. I chociaż część tych utworów znałem już wcześniej, ich ponowna lektura była jedną z najprawdziwszych i najbardziej ekscytujących przygód czytelniczych w moim życiu. Uważam, że właściwa literatura powinna trafiać na swojego czytelnika we właściwym czasie. Jako dziecko zaczytywałem się w baśniach i bajkach z różnych stron świata, w okresie nastoletnim — w powieściach Z. Nienackiego, A. Fiedlera, A. Szklarskiego, E. Niziurskiego, N. Szczepańskiej, M. Tomaszewskiej, K. Maya, B. Mrówczyńskiego, J. Szczygła, I. Jurgielewiczowej i wielu innych. Potem przyszedł najwłaściwszy czas na Hłaskę. Choć najbardziej jarałem się prozą Brychta, Hłasko również był dla mnie bardzo ważny. Razem z kumplem z klasy, Igorem — podobnie jak ja uczniem Technikum Mechanicznego o specjalności mechanik maszyn i urządzeń przemysłu chemicznego — mieliśmy inklinacje stricte humanistyczne i mocno zaczytywaliśmy się w obu tych autorach. Po latach, nic nie wiedząc o Brychcie (to były czasy „przedinternetowe”), napisałem dla Igora kilkustronicowy list, niby to od Brychta. Nawiązywałem w ten sposób do jego autentycznego listu, napisanego na adres wydawnictwa do autora Zmiennej ogniskowej, który kończył się pytaniem: „Kim pan jest, panie Brycht?”. Mój kolega nigdy nie uzyskał na ten list odpowiedzi, więc nawet po latach czułem się zobowiązany.

   Miało być o Hłasce... Otóż po trzydziestce już go nie czytałem. Kiedy jednak pewnego razu wpadła mi w ręce jego ostatnia wydana za życia powieść, Sowa, córka piekarza, okazała się nadal znakomitą prozą. Muszę się przyznać, że do Wilka, jego zaginionej i odnalezionej po wielu latach książki, nawet nie zajrzałem. Zniechęciła mnie wiedza, że Hłasko rozpoczął nad nią prace po ukończeniu Sonaty marymonckiej, nieukończonej powieści, której fragment opublikował później jako swój debiut — Bazę Sokołowską (dlaczego ją zawsze pomijam, już wyjaśniłem). Karma wraca — a ja głęboko w to wierzę. Wiele lat później los sprawił, że zaprzyjaźniłem się z Agnieszką Czyżewską, znakomitą malarką, której obrazy można podziwiać na okładkach książek poetyckich wydawanych w Instytucie Mikołowskim. Agnieszka jest córką Andrzeja Czyżewskiego — znanego architekta, nauczyciela akademickiego, fotografa i rysownika, a zarazem kuzyna Marka Hłaski (ściślej: jego ciotecznego brata — ich matki były siostrami). W czasach wrocławskich (w historii rodziny Marka Haski) Andrzej Czyżewski spędzał z Hłaską wiele czasu. Zmarły niestety w 2016 roku, był spadkobiercą pisarza oraz autorem biografii Piękny dwudziestoletni. Wiem z dobrego źródła, że Agnieszka posiada w swoim domu w Tychach artefakty związane z autorem Pętli, które — mam nadzieję — kiedyś dane mi będzie, z należnym uszanowaniem, „dotknąć”. W ten właśnie sposób Hłasko do mnie wrócił. Wprawdzie incydentalnie wracał już wcześniej w licznych biografiach (kilka stoi na mojej półce), ale teraz obiecuję sobie, że w najbliższym możliwym czasie przeczytam „od deski do deski” Prozy rozproszone i Bazę Sokołowską, i Wilka, i pięciotomowe Utwory zebrane. A potem pięciotomowe „jeansowe” wydanie Stachury, trzytomowe Dzieła zebrane Iredyńskiego oraz wszystko, co mam Brychta — nawet niechlubny, propagandowy, lecz literacko wciąż znakomity Raport z Monachium i mniej udany Azyl polityczny. Bo jak już wspomniałem: właściwa literatura powinna trafiać do czytelnika we właściwym czasie. I jeżeli jest na dodatek znakomita, towarzyszyć mu przez całe życie.

Marek Hłasko, Prozy rozproszone (Wstęp, opracowanie i redakcja Radosław Młynarczyk). Instytut Mikołowski, 2025.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz