Instytut
Mikołowski zaprasza na spotkanie z Arturem Madalińskim wokół książki
"Feliks Netz. Przewaga rozpaczy. Bioeseje" (wyd. Śląsk, 2025)
połączone z promocją książek Feliksa Netza: "Urodzony w święto
zmarłych" (wyd. II, Biblioteka Śląska, 2025) i "Dysharmonia
caelestis" (wyd. II, Śląsk, 2025) z udziałem Dariusza Pohla – wydawnictwo
Śląsk. Prowadzenie: Maciej Melecki i Krzysztof Siwczyk.
13. 02 – godz.
18
O książce:
(…) W
mijającym roku przypadła dziesiąta rocznica śmierci Feliksa Netza. Z tej okazji
wyszły dwie ważne książki. Jedna to wznowienie "Urodzonego w Święto
Zmarłych" - fundamentalnej dla tożsamościowego wątku pisarstwa Feliksa
powieści. Druga natomiast książka to esej - a ściślej, jak chce autor, bioesej
- Artura Madalińskiego zatytułowany „Feliks Netz. Przewaga rozpaczy". Nie
ukrywam, że podszedłem do lektury jak do jeża, zakładając mylnie spotkanie z
dysertacją akademicką. Tymczasem dostałem żywy dyskurs pisany tyleż przez
akademika, co pisarza, który swój własny los postanowił rozczytać w dziele
Netza. Madaliński skupił się na pięciu powieściach Feliksa, dokonując ich
inspirującej reinterpretacji, ale zainwestował i zaryzykował w to pisanie
walutę rzadką: konfesję. Pisząc o bohaterach Netza wplata dyskretnie wątki
własnej biografii, rozszczelniając tym samym schłodzony dukt pisania
akademickiego na rzecz podwyższonej temperatury egzystencjalnej. Tajemnicą
mocnej literatury jest tworzenie przestrzeni, w której autorski kamuflaż - w
tym przypadku akademicki - rozpęka się i nagle czytelnik współtworzy niemal
cieleśnie głębokie sensy lektury, uczestnicząc w dotkliwym procesie bólu. Pal
sześć jak go nazwiemy. Niech będzie to ból egzystencjalny. Madaliński ewidentnie
pracuje po stronie rozlicznych rozpaczy, a w sukurs przychodzi mu spoza świata
żywych Feliks Netz - mistrz Śląska w obcości. Ten urodzony w roku wybuchu
drugiej wojny światowej pisarz dla Madalińskiego jest dokładnie tym, kim dla
Netza był Sándor Márai - przewodnikiem w Tartarze życia. Jak wiadomo, Netz był
najwybitniejszym polskim tłumaczem dzieł wielkiego Węgra, jego zagorzałym
popularyzatorem, chociaż jest to określenie nieledwie zabawne. Być
popularyzatorem Máraia to jak być promotorem samobójstwa w przedszkolnej grupie
„Poziomek". Ewidentnie młodzież należy trzymać z dala od Máraia, jeżeli
zależy nam na demograficznej progresji. To pisarz dla zaawansowanych w
zwątpieniu w sens egzystencji. Spokojnie można go czytać gdzieś przed
osiemdziesiątką. Wcześniej nie polecam. Zresztą z samym Netzem przegadałem
godziny o jego ulubionym śledzienniku znad Balatonu. Artur Madaliński natomiast
"przegadał" w swoim bioeseju znacznie głębsze kwestie, począwszy od
złożonej tożsamości Ślązaków, przez polityczne uwikłania pisarzy w pisanie
socjalistycznych produkcyjniaków, po rzeczy tak dyskretne jak filmowa natura
spojrzenia na rzeczywistość, której Netz jako zapamiętały kinoman był
literackim rewelatorem. Ale nade wszystko wniknął do litego dna w cielesną,
sensualną i ranliwą naturę utraty, dla której pisarstwo Netza stanowi
estetyczną ekspozyturę. Wystarczy nadmienić świetne, właśnie bioeseistyczne
medytacje nad rytuałami pożegnania zmarłych. Czytając Madalińskiego, można
poczuć ten charakterystyczny, duszny, śląski habitat, jaki zawiązywał się nad
łożem umarlaka. (…) Dzięki Madalińskiemu przypomniałem sobie również, jak
ważnym człowiekiem w moim własnym życiu był Felek. Pozwalam sobie na tą
fraternizację, bo po prostu się kumplowaliśmy. W Instytucie Mikołowskim wychodziły
ważne tomu wierszy Netza, a także sylwa „Ćwiczenia z wygnania", do której
Madaliński często się odwołuje. Artur po prostu napisał mi Feliksa na nowo, tak
jakbym zobaczył go z puklami siwej czupryny raz jeszcze, dajmy na to w redakcji
miesięcznika „Śląsk", którego był wice-naczelnym i ostro tam promował nas
- młodych na przełomie wieków "poetów śląskich". Ach te ciepłe puszki
piwa "Tyskie", którymi Felek z Tadeuszem Kijonką częstowali po
spotkaniach autorskich, jeszcze dziś odbijają mi się czkawką. Był to duet
zaiste fantastyczny. Ci ludzie, pokoleniowo mi odlegli, odgrywali niebagatelną
rolę formacyjną w moim życiu, pomagali z drukiem wierszy, ale nade wszystko
byli całkowicie wyzbyci egocentryzmu. Zresztą w "uciekaniu z
towarzystwa" Feliks był mistrzem Śląska. Faktycznie jest tak, jak pisze
Madaliński, tak właśnie pamiętam Netza - jako obecnego własną nieobecnością,
pogrążonego w ciągłej pracy przekładowej i pisarskiej faceta, o którego
twórczej wielkości bardziej dowiadywałem się od innych pisarzy niż od samego
zainteresowanego. Bohdan Zadura, wybitny poeta z Puław i mój srogi autorytet
dawno temu nakazał mi przeczytanie tomu wierszy "Wir" Netza. Pamiętam
własne osłupienie w spotkaniu z tymi wierszami. Było mi zwyczajnie żal, że ktoś
napisał już wszystko, co sam chciałbym napisać. To nie było uczucie zawiści czy
zazdrości. Raczej przeczucie, że pole zostało zaorane. Że nie mam czego szukać
w literaturze, skoro na Śląsku pisze się na takim poziomie. A potem przyszły
tłuste lata znajomości z Felkiem i radość obcowania z gościem, który uczył jak
bardzo można oddać się literaturze, zwłaszcza – jak w przypadku Máraia – że
stawka jest wysoka, że może tu chodzić o życie, nie o hobby zaczerniania
słowami papieru. Coś z tej postawy maksymalnego pisania blisko życia
przeniknęło do eseju Madalińskiego. Odnoszę wrażenie, że został napisany w
poczuciu tej ciągłości rytuału przejścia pewnego fatum z jednego pisarza na
drugiego, a które to fatum streszcza się w jednym, programowym zdaniu Artura:
"zostawić oswojone, by wystawić się na niepewne". Madaliński
faktycznie tworzy eseistyczną przewagę na szali rozpaczy egzystencjalnej, która
była najniższym, wspólnym mianownikiem biografii literackich i ściśle życiowych
wielkiego Węgra i wielkiego Ślązaka, którym przecież przez długi czas Netz się
nie czuł. Zawsze nie u siebie, zawsze gdzieś między utopijnym powrotem do
Lubania czasów dzieciństwa i twardą rzeczywistością "czerwonych"
Katowic, które były jeszcze Stalinogrodem, kiedy osiadł w nich szesnastoletni
syn Niemca i Polki. (…)
Krzysztof Siwczyk
(Gazeta Wyborcza, 10.01.2026).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz