Do najbardziej kuriozalnych diagnoz krytyki literackiej zaliczam tą dotyczącą rzekomego istnienia tzw. dykcji łódzkiej. Zjawisko to miało ujawnić się mniej więcej w połowie lat dwutysięcznych, kiedy najpierw w łódzkim, a później w ogólnopolskim środowisku poetyckim pojawiły się takie nazwiska jak Gawin, Owczarek, Murowaniecki, Kleszcz, Gajda, Kawczyńska, Rutkowski, Miniak i jeszcze kilka innych. Warto podkreślić, że w ustach niektórych krytyków określenie to nabierało wyraźnie pejoratywnego charakteru: „poezja środka”, zunifikowana, mało oryginalna. Tym, którzy byliby w stanie obronić podobne rozpoznania, wrzucając do jednego worka poezję Owczarka, Gawina czy Kawczyńskiej, powinno się od razu przyznawać doktoraty – tyle że z mniemanologii stosowanej. Zaraz też znaleźli się również poeci z regionu, którzy zaczęli w swoich notkach biograficznych tytułować się „współtwórcami i przedstawicielami” tego nowego zjawiska. No cóż, w procesach fizycznych towarzyszących bańce środowiskowej parcie jest jak najbardziej odczuwalne. Zresztą Don Kichot brał wiatraki za olbrzymy. Być może właśnie dlatego warto pamiętać, że samo wielokrotne powtarzanie określenia „dykcja łódzka” nie sprawiło, że mieliśmy do czynienia z rzeczywistym bytem literackim, o którym dziś prawie nikt już nie pamięta. I słusznie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz