

„Walka
trwa!” – mawia Maciej Melecki – i ona rzeczywiście trwa wyłamując tryby dnia
powszedniego; wszystkie te opresyjne i nieprzyjazne zgrzyty kiedy
nie-liryczne (deliryczne?) Państwo obraca swoją monstrualną czaszkę,
żeby skupić na tobie puste oczodoły. Być może nigdy nie jest to postać szaleńczej
szarży pułku szwoleżerów spod Samosierry, raczej bliżej tu do klęski
wrześniowej, po której bolesnym doznaniu wykształca się w spiskującym ze słowem
poecie konspiracyjny opór ducha nad ciemną materią gdy tymczasem życie wydrąża
w nim piwnice i kanały, a szlak wyznaczony
mu na tym ziemskim łez padole przebiega przez szare szeregi dni, które
spopielają się w rękach. Popiół i diament, dust/candle
in the wind, z prochu powstałem i w proch się obrócę, za to z biegiem lat (w wieku męskim/w wieku klęski)
domykam kręgi, aby się nie mogło przez nie przedostać zło zaniechania. Wszystko
musi się spełnić, nie inaczej! Czym jest dla mnie symboliczny Mikołów z jednym
z najważniejszych poetów w nim urodzonym, pisałem już niejednokrotnie. Raz
ostatni powtórzę: mitem założycielskim i ukonstytuowaniem się mojej idee fixe – nie wolno obserwować świata
„przez szybę”, trzeba ją stłuc (w wierszu) – choćby wymagało to przejścia przez nią wprost na ulicę, jak czynił to
wspomnianej idei niedościgniony praktyk-protoplasta. Dlatego nigdzie też, nie
czuję się „u siebie” tak jak w Mikołowie właśnie, w którym to miejscu przebywa
największa na metr kwadratowy liczba poetów w Polsce; to tam potykam się o tomiki
pełne wierszy, a na ich autorów natykam się w „Dziurze” lub w „Rajskim Ptaku” –
mikołowskich knajpach, z których ta pierwsza zadymiona jest do granicy
wytrzymałości przez nałogowych palaczy wykpiwających śmiertelne choroby, a tę drugą okupuje armia genialnego sybaryty Jurka
Suchanka. To w obrysie starego mikołowskiego rynku egzystencja sprowadza się wyłącznie
do poezji i szlachetnych alkoholi, do rozmów, które bywają przedłużeniem
wieczoru autorskiego; stanowią jego clue
i obraz po bitwie. Dopóki spotkania z literaturą w Mikołowie znajdują się w
rękach Meleckiego i Siwczyka, literatura może być spokojna i Mikołów może spać
spokojnie swoim mieszczańskim snem. Front toczy się gdzie indziej i nie
pustoszy zwykłych domostw, za to wzbogaca mitologię o legendarnych bitwach i
poległych herosach – nie można w inny sposób odnieść się do historii literatury
(tam, gdzie Instytut Mikołowski już jest) – jej żelazny szpon wykuwa się w
ogniu. Niczego więcej dodać tu się już nie da; wiersze z „Demoludów” oraz dialog
z prowadzącymi spotkanie autorskie, jak i łaskawe fluidy płynące ze strony publiczności
przyniosły mi ocalenie (wyszedłem nie draśnięty z kolejnej potyczki o niewielki,
własny przyczółek we współczesnej poezji).
A
wcześnie rano, kiedy moi łódzcy współtowarzysze jeszcze tkwili w motelowych
łóżkach pogrążeni w głębokim śnie sprawiedliwych, w mroźną, ale słoneczną
niczym pozłacana rękojeść brzytwy pogodę, wróciłem do centrum Mikołowa mijając po
drodze Dom Handlowy „Zgoda”, aż doszedłem do księgarni „Fraszka” a stamtąd pod
drzwi Instytutu, i tak jak przed dwudziestu laty Krzysztof Siwczyk, tak i ja na
kilka chwil usiadłem przed dawnym mieszkaniem
Rafała Wojaczka, nasłuchując kroków na schodach.
Promocja
nowych numerów „Arterii” oraz „Demoludów” w Instytucie Mikołowskim, Mikołów
15.03.2013 r.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz