piątek, 31 lipca 2026

Nowa książka ziomala – Tomasz Bąk „qq”

Tomasz Bąk, „qq”, Biblioteka Poezji Współczesnej, tom 332, 2026.

Najnowszy tom Tomasza Bąka „qq” to gra paragrafowa wierszem. Talia stu sześciu znaczonych kart zmusza do podejmowania wyborów, a każda decyzja może doprowadzić nas do utraty pracy (zwolnienia dyscyplinarnego lub dobrowolnego odejścia). Stawki są więc fundamentalne, a nagrody nieprzesadnie wartościowe.

Powołując do życia formę „Osoba Pracownicza”, poeta uniwersalizuje co do zasady przykre doświadczenie, a poszczególne teksty można traktować jako osobne jednostki liryczne lub elementy narracji.

Układ tomu oparty jest na kalendarzu i krąży wokół świąt, zarówno państwowych i kościelnych, jak i nietypowych, przewrotnie nonsensownych (Międzynarodowy Dzień Spodni Dresowych, Dzień Zołzy, Światowy Dzień Mycia Rąk czy otwierający tom Światowy Dzień Kaca). Tomasz Bąk bywa pastiszowy, do bólu śmieszny, a zarazem jednak dość wiernie odwzorowuje skolonizowaną codzienność pracowniczą, która brzmi znajomo lub którą ledwo przeczuwamy. Czy można wygrać w „qq” / z „qq”? Na czym polega ironia ZWYCIĘSTWA i czy ta gra kiedykolwiek się kończy?

Tomasz Bąk (ur. 1991) – kolektyw schizofreniczny, autor ośmiu książek z wierszami, jednoaktówki „Katedra” (2019) i zbioru paraesejów „Fiszki” (2023). Laureat Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius w kategorii debiut za tom „Kanada” (2011), Poznańskiej Nagrody Literackiej – Stypendium im. Stanisława Barańczaka za tom „Utylizacja. Pęta miast” (2018), Nagrody Literackiej Gdynia za poemat „Bailout” (2019) i Nagrody Literackiej m. st. Warszawy za tom „O, tu jestem” (2021). Mieszka w Tomaszowie Mazowieckim.

Autor okładki i koncepcji graficznej: Piotr Zdanowicz.

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Źródło: WBPiCAK

środa, 29 lipca 2026

Książka Macieja Piotra Prusa w IM

Lipcowa premiera poetycka w Instytucie Mikołowskim. Tom wierszy „Zatrzask” Macieja Piotra Prusa.  

Maciej Piotr Prus to twórca fascynujący i zaskakujący. Każda jego książka to wielka niespodzianka. Ten tom jest w dodatku niepokojący i dziwny. A przede wszystkim bezgranicznie smutny. To wiersze, które są bardziej z ciszy i niedomówienia niż ze słów. To odpryski tego, co jest w każdym z nas – poczucie bezsensu świata i bezsensu życia. Ale także o tęsknocie za jakimś sensem, jakimś porządkiem. Zarówno w nas jak i w świecie. W wierszu „Tak to się kończy” Prus napisał: „Kiedy zrozumiałem/ że nie ma boskiego planu/ poprosiłem o dużą wódkę”. Bo co innego nam zostało?

Antoni Pawlak

Maciej Piotr Prus – pisarz, dziennikarz, animator kultury. Był zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Playboy” i miesięcznika „Max”, redaktorem naczelnym tygodnika „Przekrój”. Wydał m.in. powieści: „Wyznania właściciela klubu Piękny Pies”, „Przyducha”, „Wyspa i inni ludzie”, „Papierosy”. Nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej, otrzymał Nagrodę Krakowa Miasta Literatury UNESCO. „Zatrzaski” to jego trzecia książka poetycka.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Wiersze Piotra Kuśmirka - ku pamięci!

We wczorajszej, niedzielnej audycji Izy Smolarek, nadawanej z Londynu na antenie Radia Wnet, wyemitowano moją interpretację wiersza Piotra Kuśmirka „Kły”. Wiersz pochodzi ze zbioru, który Piotr kilka lat temu przygotowywał pod tytułem Mezcal. Był to element fragmentu programu poświęconego pamięci Piotra – poety, którego los przez pewien czas pozostawał nieznany. Niestety, badania genetyczne potwierdziły, że zginął w tragicznym wypadku na Słowacji, gdzie został anonimowo pochowany. Oprócz mnie wiersz Piotra Kuśmirka czytał Rafał Gawin, odtworzono też wiersz z bitem Krzysztofa Kleszcza do słów Piotra.

Żegnaj, Poeto!

sobota, 25 lipca 2026

Był wiersz (2)

Wiersz pochodzi z tomu „Hostel” wydanego nakładem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tomaszowie Mazowieckim, Łódź 2008. Wcześniej został opublikowany w Magazynie Materiałów Literackich „Cegła” nr 11/2008 „Free”.

środa, 22 lipca 2026

Mój Ozzy

Dziś mija pierwsza rocznica śmierci Ozzy’ego Osbourne’a, a właściwie Johna Michaela „Ozzy’ego” Osbourne’a. O jego odejściu dowiedziałem się z SMS-a od przyjaciela. Zrobiło mi się naprawdę smutno, bo Ozzy był obecny w moim życiu właściwie od zawsze. Tylko raz widziałem go na żywo – w 1998 roku, podczas koncertu Black Sabbath w katowickim Spodku. Stałem pod samą sceną, zaledwie kilka metrów od niego. W pewnym momencie Ozzy przypieczętował nasze mentalne przymierze, oblewając mnie strumieniem zimnej wody z wiadra…

Zawsze z przymrużeniem oka podchodziłem do wszystkich show-biznesowych etykietek: „Książę Ciemności”, ekscentryk, celebryta z reality show. Dla mnie był przede wszystkim słabo wykształconym, niepokornym chłopakiem wywodzącym się z biednej angielskiej klasy robotniczej, który dzięki talentowi i uporowi stał się jedną z największych ikon muzyki rockowej.

Musiałem go naprawdę bardzo lubić, skoro potrafiłem wybaczyć mu pracę w rzeźni, niesławny incydent z gołębiem podczas spotkania z kierownictwem CBS Records czy zastrzelenie siedemnastu własnych kotów w narkotycznym amoku. Trudno też dobrze ocenić sposób, w jaki za jego aprobatą potraktowano finansowe roszczenia Boba Daisleya i Lee Kerslake’a oraz fakt, że zgodził się nagrać album Black Sabbath „13” bez Billa Warda. Przez większą część życia zmagał się z uzależnieniami i często płacił za nie wysoką cenę. W niczym go to nie usprawiedliwia. Ale gdy odchodzi człowiek, zostaje przede wszystkim to, co po sobie stworzył. Trzeba umieć oddzielić dzieło od twórcy. Jednym zdaniem – Rafał Wojaczek i Black Sabbath to dwa kamienie milowe na mojej duchowej drodze...

Paradoksalnie z muzyką twórców „Paranoid” zetknąłem się po raz pierwszy dzięki koncertowemu albumowi „Live Evil”, na którym za mikrofonem stał Ronnie James Dio. W mojej głowie zaiskrzyło od razu, ale to, co wydarzyło się później, było już czymś znacznie poważniejszym. Nagrane na marnej jakości szpuli albumy „Never Say Die!” i „Bark at the Moon” dosłownie przeorały mi mózg. Zwłaszcza „Never Say Die!” – płyta, którą wielu samozwańczych fanów Black Sabbath do dziś odsądza od czci i wiary. Mnie trafiła prosto w serce. Jej klimat, wokalna ekspresja i muzyczna wirtuozeria przeniosły mnie do zupełnie innego wymiaru estetycznego. Kocham tę muzykę! Dla mnie „Never Say Die!” to najlepszy, obok ikonicznego „Sabbath Bloody Sabbath”, album Black Sabbath z Ozzym. Z kolei „Bark at the Moon” pozostaje jego najwybitniejszym dokonaniem solowym. Z solową twórczością Ozzy’ego zawsze miałem zresztą pewien problem. Nigdy nie satysfakcjonowała mnie w pełni, choć z ogromną przyjemnością wracam do wszystkich płyt aż do „The Ultimate Sin” włącznie. Późniejsze albumy już mnie nie poruszały. Dotyczy to zwłaszcza okresu współpracy z Zakkiem Wylde’em.

Doskonale pamiętam schyłek PRL-u. Z wypiekami na twarzy oglądałem puszczane od wielkiego dzwonu w programie „Jarmark” Wojciecha Pijanowskiego, Krzysztofa Szewczyka i Janusza Ziętary teledyski do „Bark at the Moon”, „The Ultimate Sin”, „So Tired” i „Shot in the Dark”. Robiły na mnie ogromne, niemal mistyczne wrażenie i tylko umacniały moją fascynację Ozzym.

Zasłużył nie tylko na mój szacunek, ale na podziw milionów fanów. Tylko dzięki jego ogromnemu hartowi ducha mógł się odbyć ostatni koncert oryginalnego składu Black Sabbath 5 lipca ubiegłego roku w Birmingham, rodzinnym mieście muzyków, na stadionie Villa Park. W tamtym czasie Ozzy ze względu na chorobę Parkinsona nie mógł już chodzić. Na szczęście dał radę wystąpić, a na scenie pojawił się na imponującym tronie z dużym nietoperzem na zagłówku. Niestety, zaledwie nieco ponad dwa tygodnie po wydarzeniu Back to the Beginning zmarł.

Została muzyka. Wokal Osbourne'a jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w historii rocka i heavy metalu. Nie był wokalistą wybitnym pod względem klasycznej techniki, ale jego barwa, frazowanie i ekspresja stworzyły wzorzec dla wielu późniejszych śpiewaków metalowych. W młodości śpiewał głównie jako wysoki tenor. Nie dysponował rekordowo szeroką skalą, ale swobodnie wykonywał partie w wysokiej tessiturze, szczególnie w latach 70. Szacunki dotyczące jego zakresu różnią się, jednak większość analiz wskazuje na około 2,5–3 oktawy w najlepszym okresie kariery. Wyjątkowość jego wokalu wynikała z natychmiast rozpoznawalnej barwy, prostych, ale niezwykle chwytliwych linii melodycznych oraz zdolności do budowania nastroju. Ludzie mówią, że był większym showmanem niż wokalistą. Moim zdaniem nie mają racji.

Cześć Twojej pamięci, Ozzy. Spoczywaj w Pokoju!