piątek, 19 stycznia 2024

Płonący wieżowiec

Pamiętam pierwsze spotkanie z twórczością Stanisława Czycza. Lata 90. XX w., wyprzedawano księgozbiór biblioteki największej, upadłej fabryki w mieście – wszystkie książki po symbolicznej złotówce. Ech, dowiedziałem się o tej wyprzedaży zbyt późno, a i tak czułem się jak niedopity w browarze. I to właśnie wtedy, przy okazji prowadzenia swoich książkowych wykopalisk natrafiłem na książkę zatytułowaną „Ajol”, a w niej na „Anda”, opowiadanie poświęcone Bursie. Autorem książki był Stanisław Czycz. Dzień lub dwa dni później natrafiłem jeszcze na „Tła” – zbiór wierszy z końca lat pięćdziesiątych. Prozę kupiłem od razu, wiersze ze względu na okropne zawilgocenie i luźne kartki (i to bynajmniej nie z powodu częstego wypożyczania – karta biblioteczna była pożółkła, ale nigdy nie była wypełniana) pozostawiłem na zmielenie. Nie ma to żadnego wymiaru symbolicznego, ponieważ po latach „Ajola” gdzieś zagubiłem (dziś mam „Anda” w antologii polskiej noweli współczesnej i „Wybór wierszy” z 1979 roku).

Kim był Stanisław Czycz? Na legendę poety wyklętego pomimo wrodzonych predyspozycji umarł zbyt późno – w wieku 67 lat i prozaicznie – na zawał serca. Nigdy nie wychodził z knajpy przez szybę jak Wojaczek, ani nie wędrował po świecie jak Stachura. Egzystował wpisany w cztery kąty swojego mieszkania w krakowskim Domu Literatów, samotny, lękający się otaczającej go rzeczywistości, bezradny w najprostszych sytuacjach życiowych. Tak jak i oni „nadwrażliwy”, ale zbyt skromny i cichy, żeby mógł być zauważony. Zresztą sam dobrowolnie skazywał się na niebyt, opowiadał, że nigdy nie był w Kościele Mariackim ani na Wawelu, a żył przecież w Krakowie! Przez kilka lat mieszkał przy Krupniczej z Adamem Macedońskim, malarzem, rysownikiem, działaczem niepodległościowym, skazany na naloty podpitego Ireneusza Iredyńskiego, Jana Himilsbacha i innych. Abnegat, bez stałego etatu, utrzymujący się z pisania i ze skromnej renty. Jednocześnie człowiek chory – leczył się na raka skóry i ogarnięty zrozumiałym lękiem przed śmiercią – popadał w coraz większą depresję. „Poeta katastroficzny” tak najlepiej można by go określić. Nie dbał o swoje interesy, robienie kariery. Nie potrzebował dużo, skromny człowiek, nawet za bardzo. Potem dopiero zaczął dbać o dom, gdy się ożenił. Justyna Sobolewska w „GW” (przy okazji wznowień jego książek prozatorskich przez Wydawnictwo literackie) napisała o nim: „Niedawno ulica, przy której stoi dom Czycza, została nazwana jego nazwiskiem. Dom rodzinny pozostał w niezmienionym stanie - przez zbitą szybę można zajrzeć do środka. Widać ścianę, którą w ostatnich latach życia Czycz remontował. Był perfekcjonistą. Przepisywał stronę z powodu źle wstawionego przecinka. Podobnie nad tą ścianą pracował pod sam koniec życia z determinacją, ale i bezskutecznie”.

Jako poeta narodził się w sposób nietypowy i zarazem typowy. Absolwent Liceum Elektrycznego pojawił się na początku lat 50. w Kole Młodych przy Krakowskim Oddziale ZLP zabierając ze sobą „swoje” wiersze, wśród których znalazło się kilka tekstów wyklętego już naówczas w kraju Czesława Miłosza. Opiekujący się młodymi poetami Adam Włodek natychmiast rozpoznał mistyfikację. Ale - jak pisał potem we wspomnieniach - "własne teksty kandydata na członka Koła stanowiły wystarczającą podstawę do przyjęcia". Wystarczyło kilka lat, aby pojawił się jako debiutant w znakomitym towarzystwie Drozdowskiego, Herberta, Białoszewskiego i Harasymowicza w „Życiu Literackim”. W swoich wierszach próbował opisać „chaos świata”. Pesymizm tych tekstów, poczucie zagrożenia fascynują jego dzisiejszych czytelników, w tym mnie, który „akcję” swojej debiutanckiej książki „zamknął” w czterech ścianach hostelu.

Ostatnie lata życia to ciągła walka z nawrotami pogłębiającej się depresji. Coraz głębiej wtopiony w tło niechętnie wychodził z domu, bo świat jawił mu się jako nieustanne zagrożenie. Stanisława Czycza – jego postać i twórczość idealnie określiła Wisława Szymborska nazywając go „mistrzem cierpienia”, ale też „artystą-cyganem”. Włodzimierz Jurasz wspominając Czycza na łamach „Dziennika Polskiego” przytacza wywiad, jaki ten udzielił Krzysztofowi Lisowskiemu, wspominał w nim podróż pociągiem, podczas której podsłuchiwał parę młodych ludzi rozmawiających o jego pisarstwie. – „To mogłeś im się przedstawić” - stwierdził Lisowski. – „Co?... przecież by mi... oni to byli państwo... ubrani porządnie, czyści, zadbani... ja przy nich jak psubrat... kieszeń mi się u spodni rozrywała i strzępiły się nogawki, i przy koszuli kołnierzyk... no przecież widywałeś mnie jak chodzę, bo ja tak przez lata” - odpowiedział poeta.

„And” to hołd złożony przyjacielowi, z którym razem pił wódkę, wędrował po podkrzeszowickich lasach, kłócił się i godził, rozmawiał o poezji i naśmiewał się z kolegów-literatów goniących za aktualnie obowiązującą koniunkturą polityczną. Ten przyjaciel - Andrzej Bursa, bo o nim jest mowa - zmarł 15 listopada 1957 roku, tuż po powrocie z odbywającego się w Poznaniu zjazdu młodych pisarzy. Czycz, towarzysz ostatnich dni życia Bursy, opisał te wydarzenia we wspomnianym opowiadaniu, a także przeżył go o prawie 40 lat żyjąc wciąż tak, jakby przyszło mu mieszkać w płonącym wieżowcu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz