piątek, 12 kwietnia 2024

Życie wewnętrzne (36)


„(…) Poza salą zrobił się rumor. Babiński bowiem wyszedł na korytarz i bełkotliwym głosem głośno się z kimś kłócił, nie bacząc na powagę imprezy. Od tych głosów awantura była coraz głośniejsza. Wtedy zza kolumny, podpierającej przejście do salki barowej, wpadł między widzów Bruno. Tam waliły się jakieś mury sporu, a ten spokojnie przeszedł do stolika, przy którym brylo­wał i monosylabami zabawiał publiczność Jerzy Leszin-Koperski, jednocześnie niejasno dyskutując z Jarosławem Markiewiczem o czymś, o czym wiedzieli tylko oni. Tadeusz Mocarski z kamienną twarzą i zmrużonymi oczami ruchem głowy wskazał przejście na podest. Andrzej Szmidt, poeta już znany jako autor wiersza Taki pejzaż, z którego w piosence Zygmunta Koniecznego skorzystała Ewa Demarczyk, najpierw kulił się w kącie sali, a teraz elastycznie wyprostował swą wysoką postać i przeglądając luzem zebrane kartki, gotował się do wygłoszenia referatu, znacznie wyprzedzając ustalony w zaproszeniach porządek dnia.

Oczy zebranych skupiły się na Szmidcie, ale sytuację momentalnie przebudował Bruno.

Jednym szerokim gestem wyciszył dyskusję prowadzących spotkanie i zagadał po swojemu, grasejując, troszkę sepleniąc, połykając sylaby, ale świetnie akcentując słowa we frazach. Wskoczył na stopień scenki i wyjął pustą kartkę. Rozprostował, pokazał, że jest czysta. A był to wiersz. Wiersz mówiony z pamięci tak, że czuliśmy gotującą się wyobraźnię, wrzącą intencję. Czysty sens, zrozumiałe emocje i gry językowe, skomplikowany, melodyjny wywód, przełamywany w tak niespodziewanych momentach, że sala zamierała, a krzyków z bocznej salki jakby już nie było słychać. Bruno skończył i się zsunął między krzesła, niemal padając twarzą na parkiet, oparł się na łokciach, Babiński zaś na chwiejnych nogach wrócił z sąsiedniego pomieszczenia i coś krzyknął. Sala była oburzona. W jego ruchach i chrząkaniu było coś, co magnetycznie przykuwało uwagę i zarazem budziło niechęć. Jako laureat jednej z nagród właśnie celebrowanego konkursu wszedł teraz przed zgromadzonych na miejsce po Brunie i odczytał przez zęby tekst swojego utworu, chwiejąc się w kolanach. Tłum był coraz bardziej zdenerwowany, bo nikt niczego nie zrozumiał, ale wtedy Edek Stachura wyrwał się z widowni i wystąpił w obronie. Powiedział w kilku mocnych słowach o tragedii poety. Każdego poety, gdyż każdy, kto poetą jest, sam siebie swoją własną poezją zabija. Stachura zrobił to w tak prosty sposób, że ludzie z krańca wściekłości wpadli w kraniec zachwytu. Tylko jedna drobna, ubrana na biało mieszczanka nie pojęła i zabrała się do wychodzenia, klnąc śmiesznie pod nosem. Zanim całkiem znikła, zdążyła powiedzieć: „A ja bym temu Babulskiemu nakopała w portki”. „Babińskiemu” – ktoś ją poprawił, więc się odcięła: „Tym gorzej dla niego”.

Bruno odzyskał pozycję pionową i w czasie buntu przeciw Babińskiemu stał z boku estradki, wymachując ręką na znak, że się zgadza, szczególnie ze Stachurą. „Mój druh” – oznajmił (…).

Piotr Müldner-Nieckowski, „Bruno, Sted i okoliczności” [w:] „Twórczość”, nr 7-8/2019

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz