piątek, 22 marca 2013

„W drodze”

Najwybitniejsza powieść Jacka Kerouaca opowiada historię siedmioletniej wędrówki z jednego końca Stanów Zjednoczonych na drugi, przy okazji portretując pokolenie bitników, amerykańskich pre-hippisów lat pięćdziesiątych XX wieku. Stanowi ona zatrzymany w kadrze obraz Ameryki, która już połknęła bakcyla konsumpcji i na drodze do spełnienia „amerykańskiego snu” produkuje sterty śmieci, gdzie niebawem spoczną kości ostatnich niepokornych nonkonformistów. 

Na kartach powieści młody pisarz Sal Paradise w towarzystwie przyjaciela, nieobliczalnego włóczęgi, rusza w szaleńczą wyprawę po Ameryce. Podróżując autostopem i kradzionymi samochodami, szukają przygód, jazzu, narkotyków, alkoholu i wolnej miłości. Fabuła się nie liczy, ważne jest to, że ich wędrówka to spełnienie marzenia całej generacji, wyzwanie rzucone obłudnemu i groteskowemu społeczeństwu powojennej Ameryki. Jak wieść gminna niesie, Kerouac napisał W drodze w trzy tygodnie w twórczym szale, którego intensywność zapewnić miały narkotyki. Napisał na kilkudziesięciometrowej rolce papieru posklejanego taśmą, żeby nie wybijać się z toku pisania podczas zmiany kartek w maszynie. Jeśli wspomnianą rolkę, abstrahując na chwilę od samej powieści, miałbym potraktować jako symbol towarzyszący ocenie płyty grupy Kutabuk (ponieważ w zasadzie od tej chwili to o niej będzie mowa), musiałbym przyznać, że kojarzy mi się ona z czymś momentami niezbędnym, acz nie poważanym, ale z białym pasem na drodze, dzielącym ją na dwie podróżne strony – do tam i do z powrotem (a to już poważna sprawa).

Płytę Kutabuka definiuje postać Artura Nowaczewskiego, gdańskiego poety i podróżnika, który podobnie jak bohaterowie On The Road jest niemal nieustannie w drodze, czemu daje wyraz w wierszach stanowiących oprawę tekstową płyty. W jego wędrówce towarzyszą mu (podobnie jak u Kerouaca) „przyjaciele-włóczędzy”: Jakub Noga – sitar (muzyk i także poeta) oraz Jacek Stromski – bębny, kalimbka, ektar i tunga. Razem stworzyli poetycko-muzyczny projekt, który jak dla mnie jest udanym przeszczepem „bitnikowskiej” idei na grunt polski, przekładem z przekładu – czym po raz pierwszy było pamiętne wszystko jest poezją Edwarda Stachury. Dziś kontynuatorem wspomnianego „przekładu” jest nie kto inny jak Andrzej Stasiuk, snujący prozą opowieść o melancholii towarzyszącej wędrówce. Wszak kutabuk to z arabskiego rodzaj melancholii, która zmusza ludzi do nieustannego błądzenia i chodzenia bez wytchnienia.

Czy za Arturem Nowaczewskim, autorem wierszy zarejestrowanych na płycie, tak jak przed Salem Paradise znajduje się rozgoryczenie, wzajemnie obwinianie się, rady, moralność, smutek, a przed nim obdarta i ekstatyczna radość samego istnienia, nie potrafię odpowiedzieć, bo wsłuchując się w teksty i muzykę Kutabuka, zdaję sobie sprawę, że jego wędrówka wciąż trwa, że poeta niczym mityczny kutabuk nie potrafi się zatrzymać, wciąż gna do przodu żyjąc w pędzie (ale to pęd do uniwersum, z dala od goniącego za mirażem materialnego szczęścia tłumu), który wytwarza korowód postaci, miejsc i towarzyszących wędrowaniu stanów, kiedy to nie mogąc spać albo podczas długiego morderczego marszu, pogrążony w wędrówce zaczyna mówić do siebie i jest to jedyny wiersz, który zna na pamięć. Stąd poniekąd hybrydowy (nierozerwalny) kontekst ludzi-i-miejsc, po których wędruje, takich jak m.in. gdański Wrzeszcz, Kaszuby czy Bory Tucholskie, jak i Pireneje, Alpy Julijskie w Słowenii, bułgarska Riła i Pirin, czy krajobrazy Litwy  i Ukrainy, w które wpisują się konteksty kulturowe związane z The Doors, Szczepkiem i Tońkiem, filmami z Dymszą, sercem Piłsudskiego, Powstaniem Warszawskim (Taniec Ducha), zmarłym perkusistą Jackiem Olterem (Bębny Jacka Oltera), Tomkiem Respondkiem i poleconą przez niego Drogą donikąd Mackiewicza (Kutabuk). To medytacyjna podróż w głąb siebie, zwłaszcza że  towarzyszą jej mistyczne pauzy, kadzidła, ikony, ciepłe i zimne morza, poszarpane granie, skoki temperatur, armady obłoków i odnogi wyobraźni, które nigdy nie wypuszczą pąków, rozpłyną się jak mgiełka, albo skamienieją w napis (Rytmy widoków).

Mimo iż ideą ogarniająca cały projekt są wiersze Nowaczewskiego, nie byłby on tak udany, gdyby nie kompozycyjny wkład Nogi i Stromskiego, najbardziej chyba wyrazisty w utworze Keourac, w którym ustalone role podlegają zaplanowanej zamianie; to puls muzyki zaczyna prowadzić recytującego poetę, przestaje być dla niego i deklamowanych wierszy wyłącznie podkładem. Sprawia, że w Tańcu Ducha dominują aranżacje lokujące ten utwór gdzieś pomiędzy solowymi dokonaniami Obywatela G.C., Ayą RL i muzycznymi eksperymentami Roberta Brylewskiego. Co nie znaczy, że akompaniująca rola instrumentów nie wnosi niczego do formuły grupy. Użycie przez  Stromskiego znanych z Dalekiego Wschodu instrumentów (plus sitar Nogi) wzmaga i podkreśla niemal transcedentalną wymowę wierszy (To Tu, To Tam, Motyle).

Życie jest wybuchem / ani objąć ani opisać / całość i zawsze cząstka / pojęte i niepojęte. Także i te słowa pochodzą z ust gdańskiego poety. Ile jeszcze tysięcy kilometrów trzeba przejść, aby tak jak Sal Paradise dojść do wniosku, że każda bez wyjątku podróż jest ucieczką od samego siebie albo podróżą do siebie, do jądra własnej prawdy, osobnej dla każdego z nas? Nieważne. Ważne, że członkowie Kutabuka rozpoczęli podróż, obrali cel, a tym samym odwrócili się plecami od nihilizmu naszych czasów – inaczej niż bezimienne rzesze zagubionych rodaków wykupujących w biurach turystycznych komercyjne wycieczki do Egiptu, czyli donikąd.

KUTABUK, „KUTABUK”. Drum & Space Studio, 2011.


[prwdr.: „Arterie”, nr 14 (3) 2012, s.140-141.]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz