środa, 7 grudnia 2016

Nowe wiersze w „Tyglu Kultury”


W jubileuszowym numerze „Tygla Kultury” Nr 1 (229)/2016 można przeczytać cztery nowe wiersze w sąsiedztwie imponującego zestawu wierszy Andrija Lubki i interesującej prozy Roberta Rutkowskiego. Skromny „czteropak” mojego autorstwa zainteresowany czytelnik odnajdzie na stronach 229-230. Poniżej „Zjadacz bobu” z anonsowanego zestawu.

Zjadacz bobu

Dajmy na to, że ból to bób. Módlcie się,
siostry i bracia, żeby to przeszło jak błąd
w Księdze Samuela, gdzie hebrajskie

słowo oznaczające bób przetłumaczono
jako fasola, a tej nie znano w czasach
biblijnych w Starym Świecie, tylko o włos

młodszym ode mnie, w którym od niepamiętnej
chwili wschodzi to niepozorne ziarenko
podobne słońcu w aureoli czerwieni,

niewystępującej przecież wcale na obrazie
Carracciego. Nic z tego. Cała ziemska sztuka
wymiera z wyjątkiem życia (konia

trojańskiego traktowanego jako nagroda
przechodnia).

wtorek, 6 grudnia 2016

Wieczór poetycki z Krzysztofem Kleszczem



Miejska Biblioteka Publiczna w Tomaszowie Mazowieckim, Plac Kościuszki 18 zaprasza w dniu 8 grudnia 2016 r. o godzinie 18.00 na promocję książki „Pański płaszcz” Krzysztofa Kleszcza. Wystąpi również łódzki poeta, wydawca - Piotr Grobliński, autor tomu „Inne sprawy dla reportera”.


Krzysztof Kleszcz (1974) – poeta, autor książek poetyckich „Ę” (Kwadratura, Łódź 2008) i „Przecieki z góry” (Kwadratura, Łódź 2012), „Pański płaszcz” (Kwadratura, Łódź 2016). Wyróżniony w konkursie „Złoty Środek Poezji” na debiut poetycki (2009).

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Polonijnie o poezji i nie tylko

„Szybki” wywiad (odbyty częściowo na korytarzu Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego, a częściowo w mieszczącej się w tym samym budynku restauracji „Łowiczanka”) na łamach polonijnej prasy – „Tygodnika Polskiego”. Z Zuzanną Muszyńską rozmawiamy nie tylko o literaturze.



sobota, 3 grudnia 2016

Raz jeszcze o „dykcji łódzkiej”


W najnowszej odsłonie „Arterii” uważny czytelnik dostrzeże zapis rozmowy z Tomaszem Cieślakiem i Pawłem Kaczmarskim, którą przeprowadził Przemysław Owczarek w ramach IX Festiwalu Puls Literatury (spotkanie odbyło się w dniu 3 grudnia 2015 roku w Domu Literatury w Łodzi). Rzecz dotyczy rozważań o tak zwanej „dykcji łódzkiej”. Subiektywnie zagadnienie to rozstrzygnąłem już dawno (także na stronach niniejszego bloga). Zachęcam jednak do zapoznania się z innymi opiniami, niekoniecznie aż tak bardzo odmiennymi, ale też nie do końca równie kategorycznie sformułowanymi. Na zachętę pozwalam sobie zacytować głos Pawła Kaczmarskiego, otwierający anonsowaną dyskusję:

Biorąc pod uwagę łódzkich autorów, pytanie o to, czy stanowią oni pewną grupę czy też funkcjonują osobno, jest oczywiście zasadne w różnych kontekstach. Dlaczego widzi się łódzkich autorów osobno i dlaczego warto zobaczyć ich razem? Przede wszystkim sami autorzy wolą być widziani osobno, jak choćby Piotr Gajda, który odżegnywał się od pojęcia „dykcji łódzkiej”, które było bardzo często dość negatywnie wartościowane. Możemy więc postrzegać łódzkich autorów jako głosy osobne, bo więcej będzie ich różnić, niż łączyć. Mówiąc o „dykcji łódzkiej”, mówimy o autorach już mocno wykształconych, którzy funkcjonują z osobna jako poeci nagradzani, wyróżniani, uznani itd. Moglibyśmy ich nazwać autonomicznymi wyspami. Trudno byłoby dziś wskazać w gronie łódzkich poetów głosy bardziej i mniej centralne. Zresztą mówienie w Polsce o formacjach poetyckich jest trudne. Żeby można było to robić, musiałby wystąpić jeden z trzech konkretnych przypadków: jakaś bardzo silna figura inspiracji, dokumenty programowe czy w końcu wspólny dla kilku autorów eksperyment formalny. Tacy autorzy zaczynają pisać podobnie, bo łączy ich jakaś wierszowa forma, wymyślają nowe metrum albo posługują się konkretnymi gatunkami czy piszą rodzaj podobnych poematów. To określałoby, dlaczego łódzkich autorów należy rozpatrywać z osobna. Mam na myśli dość intuicyjne rozeznanie, jak dalece wykształcone są dzisiaj różnice między łódzkimi poetami i poetkami. A dlaczego można ich rozpatrywać jako jedną wyspę? Powiedziałbym tak: krytyka nie ma w tej chwili kłopotu z tym, żeby dowartościowywać indywidualność i mówić o poetach osobno, nie ma problemu z nadmiarem klasyfikacji, kategoryzacji, przesytem syntezami. Wręcz przeciwnie. Problemem w dyskusji o poezji jest to, że większość domaga się, by mówić o poetach indywidualnie i osobno. I to jest zwyczajnie paraliżujące dla dyskusji, która ma na celu tworzenie syntez, haseł, kategorii. Ukułem sobie nawet taką chwytliwą metaforę: skoro nie mamy silnego obiegu centralnego, to musimy szukać takich rozproszonych, luźnych formacji, gdzie się da. I jak tylko tę metaforę ukułem, zdałem sobie sprawę, że chyba będzie ona obraźliwa dla wielu autorów. Chciałem powiedzieć, że skoro nie mamy mocnej Warszawy, to musimy mieć mocną Łódź, ale to chyba zahacza o jakieś zależności regionalistyczne. Tymczasem chodzi w pewnym sensie o symboliczną, a nie rzeczywistą Warszawę. Innymi słowy, jeżeli nie mamy centrali, a nie mamy, to każda sugestia formacji jest czymś wartościowym (…)”.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2016 (23), s. 68-75]

czwartek, 1 grudnia 2016

Czwarty obrót „Śruby”. Recenzja w „Kalejdoskopie”


W najnowszej odsłonie Magazynu Kulturalnego Łodzi i Województwa Łódzkiego „Kalejdoskop” (nr 11/2016) opublikowano kolejną recenzję „Śruby Archimedesa”, której autorem jest tym razem Tomasz Cieślak. Tekst zatytułowany „Nasz 38 równoleżnik” polecam wszystkim zainteresowanym (pełna treść poniżej).

 „Piotr Gajda, tomaszowski poeta związany z łódzkim środowiskiem literackim, pokusił się w swoim najnowszym tomie wierszy, „Śruba Archimedesa”, o rzecz niełatwą: o próbę poetyckiego zapisu egzystencjalnego doświadczenia współczesnego człowieka, świadomego uczestnika kultury, wrażliwego erudyty – w całej tego doświadczenia komplikacji, mimo świadomości niemożliwości zamknięcia w słowach tego, co się słowom musi wymykać. Odważne to i ryzykowne, ale mam wrażenie, że poprzednie książki poetyckie gajdy stanowiły już rodzaj przygotowania do tej najnowszej, najpełniejszej, którą byłbym skłonny traktować jako rodzaj podsumowania dotychczasowej drogi twórczej, a może i otwarcia nowego rozdziału.

W poprzednim tomie, wydanym dwa lata temu „Golemie”, można odnaleźć swoistą zapowiedź tego, co czytamy w „Śrubie Archimedesa”, jednak najnowszy zbiór pełniejszy, subtelniejszy w zapisanych w nim rozpoznaniach, bardziej niejednoznaczny i przez to bardziej uniwersalny. „Golem” to był traktat o niemożności zrozumienia siebie w świecie, która prowadzi do obserwowanej przez poetę naszej powszechnej, codziennej i bezmyślnej ucieczki od sensu w konsumpcję – bo to łatwiejsze, bo nie wymaga stawiania trudnych pytań i krytycznego obserwowania i oceniania siebie, skoro można się skupić na oglądaniu towaru do kupienia.

„Śruba Archimedesa”, podzielona na trzy dość wyraziście odrębne, lecz dopełniające się części, przynosi najpierw (część „Dante w kacecie”) refleksję nad przemijaniem – powszechnym i wszechogarniającym, świata i naszym, a może przede wszystkim naszym. Ktoś powie: to nic niezwykłego, to wręcz normalne u poety po pięćdziesiątce, który nie ucieknie od pewnych podsumowań i domknięć, a nawet od myślenia o śmierci, bo staje się ona powoli doświadczeniem najrealniejszym. Owszem, i tak – biograficznie – można rzecz wyjaśniać, ale Gajdzie udało się chyba coś więcej – pokazać bycie pomiędzy, w nieustannym zawieszeniu „tu” (kuszącym i odstręczającym jednocześnie) i jakimś „Tam” (niepewnym, wątpliwym, może jednak, mino wszystko, dającym nadzieję). „Tam” to niekoniecznie zaświaty, ale też ponadczasowe uniwersum kultury, którego uczestnikiem jest bohater liryczny tych wierszy. Jak się w tych wierszach o tym mówi? Bez patosu, czasem z ironią bliską sarkazmu, poprzez językowy eksces, poprzez krypto cytat, parafrazę, reminiscencję, aluzję. Bo jak inaczej powiedzieć o czymś, co wydaje się ciągle niepochwytne, niepewne, niejasne?

Te językowe i kulturowe aluzje oraz koncepty znajdują swoje dopełnienie i rozwinięcie w drugiej części tomu („Henry Fool”), która zresztą wydaje mi się przez to mniej udana – bo jest jakby ledwie przypisem do tej pierwszej, a może nawet wprost powtórzeniem, tylko nieco inaczej. Jakby autor nie zaufał nam, że zrozumieliśmy, że przejęliśmy się i współodczuwamy. Jest w tej części – poprzez jej zbytnie moim zdaniem bogactwo, poprzez zbyt obfite nagromadzenie wątków i pomysłów, w jej, nazwijmy to tak, nieco meczącej pomysłowości – jakiś impas. Ten rzeczownik – impas – to zresztą jednocześnie tytuł chyba najlepszego wiersza tego fragmentu tomu:

Omijać dłużyzny. Czy to nie znaczy w końcu tyle,
co unikać odleżyn? A jeżeli przez miejsce, w którym akurat
teraz jestem, przebiega siatka geograficzna, jakiś pierdolony
równoleżnik, na przykład 38 – strefa zdemilitaryzowana,
który pieczętuje zastany układ sił?

Nic. 

Świetny pomysł – połączyć w jednym wierszu to, co odnosi się do pisania poezji, a może po prostu komunikowania się z innymi (omijać dłużyzny) z doświadczeniem najbardziej osobistym, somatycznym (unikać odleżyn) – i doświadczeniem politycznym (wzdłuż 38 równoleżnika, o którym mowa w wierszu, biegnie strefa zdemilitaryzowana między obiema Koreami, faktyczna granica tych państw, konsekwencja dwubiegunowego podziału świata po wojnie, podziału, którego my też, choć inaczej niż Koreańczycy, doświadczyliśmy). Gajda łączy te różne sfery, by powiedzieć, kim właściwie jesteśmy: kimś ograniczonym i determinowanym: przez nasze dążenia i talenty, przez naszą cielesność – i w równej mierze przez to, co społeczne, co polityczne.

Trzecią cześć tomu, „Archimedes pomylony”, odczytywać należy jako próbę ujęcia w słowa kondycji i funkcji samej poezji – tego nieudolnego narzędzia wyrażania siebie, „kipieli słów”, „toksycznych związków”, „huczących myśli”. Czymże więc jest poezja? Niezręcznym, nieadekwatnym narzędziem – ale innego poeta nie ma. Śruba Archimedesa to starożytny wynalazek, tak zwana maszyna prosta, podnośnik służący choćby do transportowania cieczy, do wydobywania jej na wyższy poziom. U Gajdy jest metaforą… no właśnie? chyba przede wszystkim poezji? może szerzej: samego języka? I nie jest tu maszyną prostą, a raczej diabelnie skomplikowaną maszynerią, której poeta nie rozumie do końca i zapanować nad nią nie jest w stanie. O tym właśnie pisze Gajda, to wyraża, ale nie wiem, czy czasem frazą i konceptem nie nazbyt gęstymi, nie nazbyt wyszukanymi”.