Józef Gielo pozostaje jedną z najbardziej
zapomnianych postaci polskiej powojennej poezji – poetą przeklętym, żyjącym na
marginesie literackiego świata i warszawskiej bohemy. Alkoholik, outsider,
włóczęga, przez współczesnych częściej postrzegany jako skandalista niż twórca,
po śmierci szybko obrósł legendą człowieka przegranego. Gielo urodził się 5
stycznia 1934 roku, zmarł samotnie 3 marca 1981 roku, a pamięć o nim przetrwała
bardziej w opowieściach o jego tragicznym życiu niż w krytycznych analizach
jego poezji.
Józef Gielo ukończył warszawską polonistykę, nie przystąpił jednak do obrony pracy magisterskiej – studia rozpoczął najpierw na Uniwersytecie Jagiellońskim, miał tam jedno z z najwyższych stypendiów prywatnych, przyznane za wyniki w nauce). Choć jako poeta (był również prozaikiem, na jego koncie znalazła się powieść „Cena walki” (1963) i monografia obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, 1970) debiutował we „Współczesności” (1957 r.) i publikował w najważniejszych pismach literackich epoki („Poezji”, „Kulturze”, „Tygodniku Kulturalnym”, nigdy nie należał do żadnej grupy ani programu artystycznego. Był poetą osobnym, bliskim zarówno pokoleniu „Współczesności”, jak i środowisku Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”. Łączyła go z nimi katastroficzna wyobraźnia, melancholia i fascynacja metafizyką.
Twórczość Gieli koncentruje się wokół samotności, śmierci, utraty i pragnienia ucieczki od brutalnej rzeczywistości. W tym kontekście symbolicznego wymiaru nabiera jego przyjaźń z Janem Himilsbachem, z którym niejednokrotnie przemierzał knajpiano-wódczany pejzaż PRL-owskiej Warszawy. Pierwszą maszyną do pisania, jaką Himisbach używał, był stary Remington. Później pożyczył ją od niego Gielo i maszyna przepadła, bo poeta ją przepił. Gielo wielokrotnie trafiał do więzienia za awanturowanie się pod wpływem alkoholu i urządzanie burd w miejscach publicznych. Również za to, co wówczas określano mianem „lekceważenia władzy ludowej”.
Tomy: Powroty (1974), Równiny nadziei (1980) i wydane pośmiertnie Przeczucia (2001), tworzą zapis egzystencji człowieka wyobcowanego, który próbował ocalić piękno w świecie rozpadu. Szczególnie symboliczny jest wiersz „Kamienny odludek”, gdzie odrzucony kamień staje się metaforą samego poety: niepotrzebnego, samotnego, wyrzuconego poza wspólnotę. W jego wierszach powracają motywy gwiazd, światła, ruin, kamienia i kosmosu. Zamiast turpistycznej brutalności wybierał lirykę tęsknoty i duchowego niepokoju. Nawet gdy pisał o biedzie, wojnie czy ludzkim upadku, jego wyobraźnia nieustannie zwracała się „ku górze” – ku marzeniu, metafizyce i nadziei.
Autor „Równin nadziei” zmarł w marcu 1981 roku w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Jego ciało znaleziono w łazience fotografa Erazma Ciołka, do której trafił po jednej z nocnych eskapad. Podobno miał na ciele ślady pobicia, a w napełnioną wodą wannie leżał w garniturze. „Moje pierwsze wejście w środowisko artystyczne było w 1957 roku. Konkretnie – w «Harendzie». To była taka modna kawiarnia. Z kolegą siedzieliśmy w «Harendzie». Obok nas siedziało dwóch skacowanych i «wyplutych» facetów. Mieli dwa zielone likiery na długich nóżkach. To było takie kolorowe przy tej ich szarzyźnie. W pewnym momencie jeden z nich podszedł do nas, z tymi dwoma miętowymi likierami, i spytał: «Czy byście tego nie wypili, bo my już nie możemy pić?». Ci dwaj to: Jan Himilsbach i Józef Gielo. Właśnie w «Harendzie» ich poznałem” – opowiadał po latach Erazm Ciołek. – „To był fajny pijak. Uczciwy. Taki otwarty. Robił zawsze takie wrażenie, że nie dość, że nie użyje, to nie zniszczy, dołoży sam od siebie. Była w nim bardzo czytelna uczciwość” (źródło: Cz. M. Szczepaniak „Czwarty alfabet. Portrety. GOK, Tarczyn 2021).
Dziś Gielo jawi się jako autentyczny poeta przeklęty, człowiek rozdarty między marzeniem a katastrofą, między ziemią a gwiazdami. Jego twórczość, choć długo lekceważona, pozostaje świadectwem niezwykłej wrażliwości i desperackiej potrzeby odnalezienia sensu ponad codziennym upadkiem.









.png)
.png)
.png)