Recenzje


Karol Pęcherz, Jedna noc w Hostelu Gajdy - o książce „Hostel” P. Gajdy, [w:] http://magazyn-cegla.net - 2010

Zaczynam od 27 strony, wiersz nosi tytuł „Czy zdążycie wznieść strop, cieśle?”, który pierwotnie zatytułowany był „Nocna zmiana” i od tamtej pory został znakomicie poprawiony. Budowanie wiersza, a w szerszym kontekście zbioru tekstów, jako propozycję poetycką, którą następnie oddaje się czytelnikowi, przypomina zaproszenie do właśnie zbudowanego domostwa. Hostel zaś to instytucja goszcząca bez specjalnych wygód, ale gwarantująca towarzyskość i bez konieczności ponoszenia dużych kosztów. Być może w wierszu ze strony 27 autor buduje wiersz z myślą o „Hostelu”. W hostelu Gajdy spędziłem jedną noc.

„Nocna zmiana”
trzy wiersze w trzy noce. o czwartej
nad ranem, infradźwięki - dudnienie
w skroniach. słowa wychodzą poza kadr
i kiedy odwracam od nich wzrok,
biegną budzić sąsiadów. w domu trzymam
zwierzęta: karalucha, zajączka (błyska
złoty ząb). to dla nich zbijam z desek klatki,
które rozpadają się jak domki z kart.
po to używam nocnej marki, mówię
do ludzi w języku sów. żeby puentą
wyprzedzić świt i ostrze krajzegi. o trzy palce.

Zreformowany wiersz odnajduje w internecie z niespełna  o dwa miesiące późniejszą datą.

„czy zdążycie wznieść strop, cieśle?"
Trzy wiersze w trzy noce. Bura partyzantka
nad bezsenną żółtą rzeką. O czwartej rano
infradźwięki - dudnienie w skroniach.
Słowa szukają słońca (błysnęło lusterko czy złoty
ząb?). Na podłodze ślepaki i miny. Niewypały.
Gwoździe. Mosty dla pana starosty. Pokryte rosą
korpusy maszyn i narzędzi. Ciało i krew -
budownictwo na depresjach. Ociężałe konstrukcje
wśród ciszy po wycince lasu. Nagle puenta,
która zaledwie o trzy palce wyprzedza świt
i ostrze krajzegi.

Gajda wycofuje się z prometejskich konotacji, wyrzuca : słowa wychodzą poza kadr / i kiedy odwracam od nich wzrok, / biegną budzić sąsiadów. Lukę uzupełnia bardziej sceptyczną i ostrożną materią: Słowa szukają słońca (błysnęło lusterko czy złoty /  ząb?). Na podłodze ślepaki i miny. Niewypały. / Gwoździe. Redukuje również zwierzęcych bohaterów, albo ukrywa ich pod warstwą świetlistych skojarzeń (zajączek – błysk lusterka, złoty ząb – mucha). Zmienia się też strategia rozegrania puenty tekstu. Autor rezygnuje z nazbyt bezpośredniego opisu: to dla nich zbijam z desek klatki,/ które rozpadają się jak domki z kart. / po to używam nocnej marki, mówię  /do ludzi w języku sów. Zastępuje je tematycznym, poetyckim obrazem, aby przenieść pierwowzór na inny, mniej namacalny obszar:  Pokryte rosą / korpusy maszyn i narzędzi. Ciało i krew - / budownictwo na depresjach. Ociężałe konstrukcje  / wśród ciszy po wycince lasu. Rytmiczne zmiany poprzez przestawienie szyku wyrazów w finale i całość nabiera odpowiedniego kształtu i rytmu.
Ta krótka analiza poprawek i redukcji autora w powyższych tekstach uzmysławia mi, że mam do czynienia z przemyślaną pracą nad tekstem, a  „Hostel” wydaje się dobrze wypracowanym tomikiem. Można by powiedzieć, że hostel został uruchomiony po zakończeniu wszystkich inwestycji  nie narażając gości na nieudogodnienia. Wiersze w tomiku charakteryzują się dużą pomysłowością, kolejne strofki nie narzucają się swoją formą, nie ma powtarzalnych, typowych (topowych) chwytów, łatwych do namierzenia i ustrzelenia środków stylistycznych. Duży wachlarz pomysłów na kolejne wiersze, odkrywczość fraz, słów, liczne zaskoczenia rzucają osobliwe światło na ten debiut.

ptak wykluty z sadzonego jajka”, „W szafie kwitną twoje sukienki. Co gnije w piwnicy?”, „za oknem deszcz walczy ze śniegiem /
o to kto mówi chłodniejszym językiem”, „ponure ech, bajeczne ach” – to tylko naprędce  wyrwane z wierszy przykłady.

Porównanie dwóch tekstów, pokazuje również pracę autora nad uspokojeniem, wyciszeniem tekstu poetyckiego, a także głębsze wejście w możliwości poetyckich muśnięć opisu sytuacji, emocji, stanów. Tomik wydaje się być właśnie takim poetyckim muśnięciem, bez nachalności języka poetyckiego, bez narzucania przekazu komunikacyjnego. Zostaje precyzja, delikatność, zmienność, jak gdyby nic na stałe nie mogło się tu zadomowić, jakby zadomowienie miało okazać się zdradą dla wiersza, aktem obnażenia - Hostel. 

Można tu znaleźć obok siebie rzeczy kojarzące się z balladowością Mickiewicza (Sinice str.19), blanchotowskie pierwiastki pierwotności (Lascaux, str. 21), czy bardziej zabawowe igraszki choć zupełnie poważne Dreszcze  ze str. 23, które w bardzo urzekający i  zabawny sposób oparty na przeciwieństwach, opozycjach i ironii przynosi nam takie rewelacje:  „Bezdomny liczy na kredyt hipoteczny”, „karzeł kupuje samochód wielki jak tir”.

Pojawiają się również elementy sugerujące zaangażowanie wiersza w aktualną sytuację społeczną człowieka, dla przykładu takie wersy: „Pielegnują mnie obcy ludzie. Skup się, / rozmanżaj. Jestem cząstką ich hodowli” czy znakomite: „Igłą przyszyto myśli /
do czaszki, język do ciemnej podszewki.”

Ważna w poetyce Gajdy staje się dbałość o ruch słownego detalu, autor potrafi leksykalnie udźwignąć wiersz wychodząc z jednej sytuacji językowej, np. strzał, a zaraz pojawi się rykoszet, łuska, pocisk, celowanie, noc, lęk. Konsekwencja i zmysłowość sprzyja w tym przypadku literackiej przygodzie.

kto pociągnął za spust celując w gwiazdy?
księżyc ma krwisty kolor i spływa z dachów
jak krew z nadgarstka. a może to łuna?
zgubiona na ulicy moneta prześwietla noc,
ten światłoczuły film. Gdy wywołam go
w pamięci, zobaczę w kadrze rozpędzony
pocisk. Jak trafia dokładnie tu, gdzie stoję:
przy fontannie, na której dnie rdzewieje łuska.

Pozostaje beneficjentem tej poezji, uważnie obserwując dalsze poczynania. Duży szacun za rozmach i bezpretensjonalny sposób wykonania, dbałość o detal, różnorodność sposobów i strategii realizowanych w wierszu. Cały czas brakuje jednak solidnej rewolty w debiucie, zmiany kierunku. Gajda raczej zbiera żniwa po swoich poprzednikach proponując autorską wersję – znakomitą, obiecującą. Kolejny  debiut z Łodzi, która zasługuje na coraz ważniejszą uwagę jeśli chodzi o nową mapę poezji w naszym kraju.

HOSTEL - Piotr Gajda, Biblioteka Arterii, SPP oddział w Łodzi, 2008
                                                
                                                  —
Filip Fidler, Czarna Teczka, [w:] „Odra” Nr 5/2010

Całkiem interesująca propozycja z Biblioteki łódzkich „Arterii”. Debiut Piotra Gajdy może na kolana nie powala, ale wiersze sprawne, dzielne, sprawdzone w bojach licznych turniejów jednego wiersza, uzbrojone w czekan Jacka Bierezina i nominacje do głównej nagrody znanego łódzkiego konkursu. Obraz współgra tu z rytmem, rekwizyt zna swoje miejsce, rzeczywistość pojawia się i od razu nie znika, cytaty są, ale dobrane sprawnie i niezbyt liczne. Niewiele ewidentnych wpadek, kiksów; maszyna liryczna pracuje równo i bez zadyszki, i choć słychać wyraźnie, że autor ma po drodze z jednej strony z Honetem i Owczarkiem, z drugiej ze Świetlickim, i że jego głos dopiero wybija się na niepodległość, to jednak nie ma tam feudalnej zależności, prostej kopistki, czyli mówiąc krótko, chamskiego epigoństwa. Jest za to delikatność i prostota opisywanych sytuacji, jak wtedy, gdy: odwiedza nas sąsiad/ i chociaż pociesza: a jednak żyjecie państwo/ na wszelki wypadek dotyka mnie palcem. Cóż, Ameryki tym tomem Gajda może nie odkrył, nowych przestrzeni w poezji polskiej nie otworzył, ale przeczytałem Hostel z przyjemnością; a to chyba w lekturze najważniejsze.

Michał Murowaniecki, Smutek jako instytucja, [w:] „Opcje” Nr 1(74)/2009

Nieczęsto trafia się w Polsce debiut poetycki, który precyzyjnie trafia we wszystkie czułe punkty. Piotr Gajda, poeta z Tomaszowa Mazowieckiego, wydał właśnie książkę, która jest skrupulatnie zaplanowanym uderzeniem. A raczej: serią uderzeń.

Autor miał czas, by dojrzeć twórczo (ma 43 lata), by przemyśleć swój „Hostel”. Dokładnie wie, co chce przekazać, nie bawi się w wyszukane składnie. Stawia nas w określonym miejscu w szeregu i mówi: „Czas spauzował, świat skurczył się do rozmiarów/ m3” („Stopklatka”). Tak właśnie podmiot wyznacza sobie terytorium, w którym przez większość czasu będzie się obracał, z którego będzie stara się wyswobodzić.

Hostel to miejsce często zaniedbane i ponure, w którym przyszło nam pomieszkiwać, spędzać noc, a potem za to płacić. Nad ranem można jednak zabrać rzeczy i wrócić do domu. A co, jeśli okazuje się, że nie możemy się z hotelu wymeldować? Że każdy dzień jest „Dniem Świstaka” („Marzec, czyli nigdy. Pory roku/ na wstecznym biegu”), że wieczór okazuje się noclegiem w trumnie: („Noc to wieko pociągnięte czarną bejcą./ Poruszam się, robak w przejrzałym granacie,// kornik mozolnie drążący korytarz w głąb deski („Mebel”)? Jeżeli spróbujemy to sobie wyobrazić, poznamy jednocześnie permanentny stan umysłu bohatera książki, który nie może się z tego pokoju wydostać. Tym bardziej, że pokój znajduje się w jego własnym domu, a w zasadzie — we własnej głowie.

I chociaż cały świat widziany i doświadczany przez podmiot „Hostelu” jest zmetaforyzowany, wręcz obarczony ciężarem ustanowionej przez autora mitologii, obrazy wyłożone są wyjątkowo precyzyjnie. Inaczej mówiąc: jeśli coś jest — jest jakieś, jest czymś lub jest jak coś innego. Wypunktowane obserwacje zazwyczaj staja się dla odbiorcy nużące, ale tutaj sprawiają wrażenie zaklęcia, działają jak hipnoza. Bohater musi mówić językiem transu, bowiem cały czas jest w transie. Tak więc spostrzeżenia następują po sobie szybko. Wiersze nie bawią formalnie, jak gdyby autorowi zbytnio na tym nie zależało. Bo jego podmiot po prostu pragnie wyczytać swoje fobie, chce się wyspowiadać: „Siedem dni tygodnia/ jak siedem grzechów, za które nie przewidziano/ rozgrzeszenia” („Lokum, lokator”). Dlatego teksty te mogą wyglądać na pierwszy rzut oka topornie – najczęściej jednostrofowe, z umiarkowanie równymi wersami, bez wyraźnych przerzutni — chciałoby się powiedzieć, ze przypominają cegły, z których zbudowano bohaterowi „dom”.

W zasadzie każde zdanie, każda metafora, którą czytelnik odnajdzie w tym tomie, okazuje się na tyle nośna i jednocześnie zasadna, iż można zaryzykować stwierdzenie, że „pojedyncze/ słowa mają objętość konstytucji” („Stopklatka”). Nawet jeśli w pierwszej chwili jakiś fragment tekstu nie wydaje się wyjątkowo odkrywczy, to po jakimś czasie osadza się w głowie i pobrzękuje. Bo jak pozbyć się tak silnie oddziałujących fraz, jak: ”Jeżeli zakwitł/ przebiśnieg, wyglądał jak guz mózgu” (Wielki chłód”) albo „Dratwa wbita w żyłę dojdzie/ pod serce. I będzie szyć” („Szwy”)? Według mnie, taki „osad” to lepsze świadectwo mocy poezji niż na pozór efektowna przenośnia, która po głębszym zastanowieniu okazuje się semantycznym nadużyciem.

Wątpliwość, którą najłatwiej poprzeć, może budzić tematyka tego tomu. Autor postawił bowiem na „koncept-album”, wszystkie jego teksty oscylują wokół jednego (chociaż szeroko pojętego) zagadnienia. Motywy specyficznej izolacji w pomieszczeniach czy paranoi wywołanej zamknięciem pojawiały się już (z różnym skutkiem) w najnowszej poezji. Aczkolwiek chyba jeszcze nie na taką skalę. Gajda wyeksponował zwłaszcza zniewolenie umysłowe, co potwierdza motto tomiku „Wszystko jest w mózgu. Nigdzie więcej” z Marcina Świetlickiego. Bohater do tego stopnia zamknął się w swoim „pomieszczeniu”,  że nawet uciekając z domu, podróżując lub siedząc na plaży, wciąż nie może się z niego wydostać: „Mieszkanie jest garbem, wszędzie/ trzeba je nosić” („Lokum, lokator”). Jest nim wręcz zarażony: „Dom mieszka w sobie, rozwija się/ jak nowotwór” („Pustostan”). A zatem choroba? Wystarczy wymienić przewijające się przez książkę symptomy: wieczny chłód, dreszcze, gorączkowe wizje, balansowanie na granicy śnienia.

Gajda przygotował swojemu podmiotowi lirycznemu naprawdę podłe lokum. Mimo to dokładnie je umeblował, zniewalając bohatera otaczającymi go przedmiotami: „futra wiszą w szafach, a meble pochodzą/ ze Skandynawii” („Ikea”); „seryjne meble,/ tureckie dywany, które nie potrafiły latać” („Exit”). Autor nie zapłacił jednak za prąd i ogrzewanie. To, na ile bohaterowi udało się wydostać z mieszkania, pozostawiam już do rozstrzygnięcia czytelnikom.

Czego bym oczekiwał od Piotra Gajdy w następnej książce? Myślę, ze wyjścia z tematyki zamknięcia, może trochę więcej nadziei na jakieś ocalenie. Bo nie chce przecież odbierać poezji Gajdy tego, co stanowi jej główny atut — tej poruszającej nostalgii, zapadającej w pamięć w molowej tonacji.


Katarzyna Zdanowicz-Cyganiak, Świat, nasz inkubator, [w:] „Nowe Książki” Nr 5/2009

Piotr Gajda (ur.1966) zadebiutował tomem, jak słusznie zauważył Jerzy Jarniewicz, „Uważnie skomponowanym i niebanalnym”, ale ta książka jest warta lektury nie tylko ze względu na warsztatową dyscyplinę, koncept, intrygująca grę metaforą, wewnętrzny, neurotyczny rytm. „Hostel” jest tomem poruszającym i oryginalnym, ponieważ ukazuje niemożność ucieczki z siebie, ciała i języka, a tym samym zadaje trudne pytania: o tożsamość, wolność, źródłową obcość i jej potencjalne oswojenie.

W wierszach Piotra Gajdy, finalisty Konkursu poetyckiego im. Jacka Bierezina (Łódź 2007), powraca element zamknięcia, zatrzaśnięcia, izolacji, ale też autowygnania. Świat wydaje się skurczony „do rozmiaru m-3”, skondensowany i ciasny, zawłaszczony, ale nie przez otaczających ludzi, lecz przez myśli, słowa, przedmioty, które tworzą gęstą, symboliczna i nieco klaustrofobiczną sieć. Dlatego podmiot liryczny przypomina bohatera typu kafkowskiego, uwikłanego w przedziwną grę z rzeczywistością, doświadczającego bezsilności, ścigającego tajemnicę jak łowną zwierzynę, ale również będącego ściganym. Tu nawet „Świt jest inspektorem, który wszczyna sprawę/ z urzędu: szuka, pyta, błądzi” („Wnętrza”), a na sumieniu nie ma nic tylko ten, „kto nie boi się listów poleconych” („Szklana kula”).

Bohater „Hostelu” nie może wyjść z domu, bo „Dom, to ciasne ubranie,/ wpija się w ciało” („Lokum, lokator”), jest garbem, który trzeba ze sobą nosić – pozostaje więc zamknięty w sobie, ale nigdy sam. Gajda sprawnie rekonstruuje obsesyjne poczucie bycia obserwowanym, śledzonym, ujarzmianym. Ta perspektywa spojrzenia na siebie z góry, z zewnątrz, obcym, przenikliwym wzrokiem – powraca w tomie kilkakrotnie: w „Inkubatorze” poeta wyznaje, iż jest częścią hodowli, bytem pielęgnowanym, kontrolowanym, wyśnionym: natomiast w wierszu „Mebel” człowiek niczym kornik „drążący korytarz w głąb deski” porusza się nerwowo, spazmatycznie, wypełnia swój los, zapada w ziemię. Paradoksalnie, mimo dominującego w tej poezji poczucia zamknięcia i izolacji – można odnieść wrażenie, iż jest to świat niezwykle otwarty: na obce języki, symbole otaczających przedmiotów i wnętrz, ich personalizowane oblicza, głosy. Dlaczego? Otóż bohater „Hostelu” nie tylko jest obserwowany, on również obserwuje, śledzi, nieustannie i podejrzliwie rejestruje. Ale przede wszystkim prowadzi dialog, bo jego szczelnym, odosobnionym świecie wszystko mówi: drzwi, okna, piwnice, liście na wzorzystej tapecie, pieprzyki, znamiona, blizny, również para, która „skrapla się na szybach, udaje pismo”. Nie ma więc ucieczki ani od siebie, ani od języka, tym bardziej wybrzmiewa motto tego tomu – fragment wiersza Marcina Świetlickiego, w którym pojawia się fraza:” Wszystko jest w mózgu. Nigdzie więcej”.

Oczywiście, można zarzucić tekstom tu zebranym, iż są zdominowane przez poetykę natręctw, obsesję śmierci wrośniętą w codzienność, zagnieżdżoną w naszych domach, które nieraz przypominają bardziej hostele, miejsca tymczasowego (ziemskiego) pobytu, wynajmowane przez nas kłopotliwych lokatorów. Ale książkę tę można czytać inaczej – jako ryzykowne zmierzenie się z własną osobnością. To przede wszystkim próba opisania (otwarcia?) zamkniętego, wyizolowanego „ja”, która jest nazwana wprost w ostatnim wierszu, zatytułowanym znamiennie „Exit”: „Musiałeś ocucić dom, wpuścić tlen”.

Emanuel Lévinas w „Imionach własnych” pisał o samotności, która jest swoistą jednością istniejącego, zatrzaśniętego w swoim bycie, skazanego na siebie. Ale filozof ten, wspominając o niewoli tożsamości, ukazał ją nie jako wyrok, ale również suwerenność i męstwo. Ten sposób rozumienia osobności powraca w poezji Piotra Gajdy, który opisując uwiezienie w materii, ziemskości, języku, odważnie konfrontuje się z samym sobą. I tymi za ścianą, współlokatorami — z nami.


Karolina Sałdecka, Ciało to chińska litera, gniazdo utkane z zaskrońców…, [w:] „Neurokultura”, 26 lipca 2010 r.

Wiersze zebrane w najnowszym, drugim już tomie Piotra Gajdy zmieniają wizję fizykalnego, postrzeganego zmysłami świata w ciąg przesuwanych w zwolnionym tempie slajdów, przy których za każdym razem zatrzymuje nas nowy szczegół. Obraz u Gajdy zawęża się często do jednego, określonego fragmentu rzeczywistości. Jest ona na zmianę myślą, ciałem, dźwiękiem. Każda jej część wydaje się pochodzić z różnych historii, zdarzeń, lecz łączy je pewna prawidłowość. Szczegół u Gajdy nosi bowiem znamiona bolesnego przełomu, pęknięcia. Co więcej, opowiedziane obrazy, przedstawiane z początku — jak określił to Jean Pouillon — jako vision par derrière (widzenie zza postaci, z nią jako częścią postrzeganego w tekście świata) stają się stopniowo vision avec (widzeniem z wiedzą równą postaci), w których nie sposób nie uczestniczyć.

Gajda jako synestetyk rozbudowuje przede wszystkim wrażenia dźwiękowe i wizualne. W wierszu Ruiny słowa mają barwy i — niekiedy — inne właściwości przedmiotów: „Mówiłem, a głos mój zmieniał barwę, jakbym trzymał/w ustach farbkę”; „Nie mogłem krzyczeć,/bo struny miały ani grama obcego stopu, zrobione/z tego samego srebra, co kamień (…)”. W podobnych znaczeniowych korelatach ze zmysłami występuje często ciało: „Wyszedłem do ogrodu zrywać jabłka, a obudziłem się/we własnych wnętrznościach” (Raj utracony); „W ciemnościach szkliły się moje oczy,/w których lód uwięził ptasie łajno i piasek” (Oparzelina). W wierszach z tomu Zwłoka ciało — ludzkie czy zwierzęce — wpisane zostaje w bolesną, nieraz też brudną, cuchnącą i duszną metafizykę. Ciało opowiedziane jest na wiele sposobów, za każdym razem jednak uwagę przyciąga szczegół związany z umieraniem: „Ciało/zamieniało się w popiół: zrzucało skórę i mieściło się w garści” (Karbid).

Swego rodzaju przechodzenie na stronę śmierci, „wczytywanie się” w jej metafizykę jest u Gajdy czymś zaskakująco naturalnym — choć nie bezbolesnym — i nieuniknionym. Mówienie o śmierci, przepowiadanie jej, nieustanne przypominanie o jej cichej obecności jest obowiązkiem głosu obecnego w tekstach ze Zwłoki. Obowiązek ten wydaje się nie tyle nabyty, ile „wrośnięty” w samą genezę tych wierszy. W tworzonych przez autora obrazach brzmią bowiem echa dawnych, zasłyszanych, przeżytych historii, których znaczenie sięga daleko poza czas i których ważność nie daje ująć się w realistycznych obrazach. Dlatego też każdej wizji, każdemu opisywanemu miejscu, zdarzeniu nadany został emocjonalny ładunek. Dworzec, mieszkanie, droga, wreszcie miejsca widziane tylko we śnie zostają emocjonalnie naznaczone. Niedefiniowalne zyskuje barwę, brzmienie, niekiedy zapach i smak.

Język, którym posługuje się Gajda, tworzy rzeczywistość pełną wizji, przeczuć, szczegółów, jednocześnie spetryfikowaną, zadziwiająco konkretną (podobnie jak w debiutanckim tomie Hostel). Proponowana przez autora opowieść o wszystkim, co wiąże nas z pulsującym życiem, a mimo to sprowadza w ciemne, duszne rejony nicości, kresu uwodzi i tym samym sprawia, że sięgnąwszy po Zwłokę, nie sposób jej zapomnieć.


Jakub Skurtys, Lustro tak ciemne i głębokie, że pochłaniało noc, [w:] Fundacja im. T. Karpowicza, styczeń 2011 r.

Związany z łódzkim środowiskiem poetyckim Piotr Gajda zaprezentował w minionym właśnie roku swój drugi tom (po całkiem nieźle przyjętym Hostelu, 2008), dołączony tym razem do siódmego numeru “Arterii”. Jeśli Hostel był zbiorem wierszy trudnych, opartych na zgłębianiu egzystencjalnych i metafizycznych bolączek, to Zwłoka wydaje się jeszcze trudniejsza, jeszcze ciemniejsza i zimniejsza. Pozostaje jednak zimna w pewien wyrafinowany, poetycki sposób — jakby rzeźbiono ten tom w lodzie, który najpierw skuł, a potem zlał ze sobą ludzi i budynki, powietrzu zaś nadał fakturę szronu: “Mróz trzaska jak szczapa. Zagłusza przeciągłe wycie psa, / którego pan zamarzł na przystanku. Ty też zamarzasz, chociaż / grzejesz się nad lustrem” (Hipotermia). Dzięki umiejętnemu obrazowaniu i posługiwaniu się metaforą, wiersze Gajdy pozostają krystalicznie czyste, do tego stopnia, że można patrzeć przez nie na drugą stronę — a tutaj już wedle woli — w potencjalny zamęt uczuciowy bohatera lirycznego lub w kostniejącą, odwlekającą znaczenie strukturę języka.

Oba tropy wydają się trafne, bowiem Gajda przeprowadza w nowych wierszach wizualny mariaż. Niby wychodzi od sytuacji, zapowiadając poezję opisową i zgłębiając pejzaż, by potem przejść do pytań wykraczających daleko poza immanencję krajobrazu; do pytań metafizycznych, w których wątpliwości, ból fizyczny, kontemplacja i język motywują się wzajemnie. Potem znów odwraca narrację, stawiając w centrum bohatera, powołując antropocentryczny podmiot, wokół którego zagina się przestrzeń (głównie jesienno-zimowa) oraz czas (z akcentem na przeszłość, stale obecną lub powracającą). Po chwili dostajemy sygnał o interioryzacji i ciało bohatera staje się ciałem świata lub świat przybiera wymiar cielesny:

Wszedłem do ogrodu zrywać jabłka, a obudziłem się
we własnych wnętrznościach. Wokół wybijano mój strach
na monetach. Czułem ich zimno, brzęk tępy niczym odgłos
mokrego żwiru zrzucanego na deski.

(Raj utracony)

Ta droga pozwala dostrzec w poezji Piotra Gajdy jej egzystencjalny, prawie gnostycki wymiar, ale przede wszystkim kieruje na sylwetkę poety (raczej jako konstruktu tekstowego, niż realnego autora), który w umiejętny, stonowany, a zarazem przekonujący sposób potrafi przedstawić swój świat wewnętrzny. Akcent położony na silne “ja” liryczne powoduje, że teksty te czyta się trochę jak wyznania, chociaż świadomie ubrane w kostium wiersza i wyposażone w poetycki naddatek, na swój sposób wyestetyzowane. W żadnym razie nie jest to jednak zarzut pod adresem autora, bo właśnie ten “poetycki naddatek” przypomina, że nadal mamy do czynienia z wierszem, że język nie tylko nas uwodzi, ale również zwodzi, tocząc swoistą grę z czytającym.

Zwłoka jest bowiem tyleż obcowaniem z umarłymi, co szansą na takie obcowanie, osiągniętą właśnie dzięki pisaniu, z całym jego zapleczem utrwalania minionego i odnoszenia się z nostalgią do nieistniejących sensów. Umarli powracają więc jako konkretne postacie (córki, ojca, zabitych zwierząt) i jako figury samego powrotu, możliwość, czy raczej świadomość echa i powtarzalności, w którą wikła się język:

Bezimienni żyją pod korą brzozy, kaszlą i plują krwią.
Pamięć rozpuszcza się w dymie z kartoflisk,
potem wraca do wioski i dusi dzieci.
My żyjemy, zgaduje starzec i na wszelki wypadek ucieka.

(Łęty)

Przekonująco prezentują się u Gajdy również wszystkie shiftery, które na chwilę rozbijają jednolitość języka. Mam tu na myśli i kursywę, sugerującą cytat (z żywych — jako dialog, z umarłych — jako sermocinatio), i pytanie, pozornie tylko retoryczne, za każdym razem powołujące adresata. Nie ważne, czy będzie nim jeden z bohaterów wiersza, czy sam podmiot, czy też różnie rozumiana przestrzeń, w której pod pokrywą z lodu lub ciekłej stali toczy się wewnętrzne życie. Za każdym razem pytanie dynamizuje wiersz, a zarazem odwleka sens, jest krokiem w przyszłość lub przeszłość, naznaczonym pragnieniem przeniknięcia tajemnicy:

Lubisz zapach markerów, tatusiu,
narysujesz słoneczko? Weź żółty, do pępka dorysuj
promienie i zacznie świecić, żebym przestała się źle śnić.
Komu, córeczko? Matce, z którą w polarną noc sadziłem
las, żeby w chłodny poranek nie zabrakło opału? Mnie,
bo wpatrywałem się w astmatyczną żarówkę, aż oślepłem
i usłyszałem, jak ciemność ustępuje przed jej suchym
kaszlem?

(Światłoczułość)

Pytanie skierowane zostaje w pustkę, w miejsce nieobecności, w stronę umarłego dziecka, gdy “dusza ulatnia się jak gaz z piecyka”. Tajemnicy jednak przeniknąć nie można (zwłaszcza tajemnicy powrotu), a poecie pozostaje tylko stawianie uważnych kroków dookoła i ciągła praca w języku.

Tomasz Cieślak tłumaczy na okładce Zwłoki, że świat Gajdy jest “nie ze słów, a z emocji i przeczuć”. Można o tej uwadze zapomnieć, mimo że na tle tekstualności tryumfującej w naszej najnowszej poezji, wiersze te rzeczywiście wyglądają jak opowieść z dzieciństwa, nasycona przerażeniem, ale pozbawiona możliwości magicznej ingerencji. Nie działają u Gajdy żadne zaklęcia, a profetyczny ton, który zbliża go do rytuału, stawia raczej przed nieskończoną pustką i niekończącą się wątpliwością.

Byłoby to jednak zbyt duże uproszczenie, gdyby czytać te wiersze wyłącznie w kategoriach opowieści, przerażającej baśni, z akcentem na głos i osobę mówiącego. Kiedy powrócić bowiem do kwestii obrazowania, to właśnie w języku, a nie w granicznych emocjach, widać precyzję Gajdy i cierpliwość w stawianiu kolejnych słów. Wobec niemożności ujęcia owej “tajemnicy”, pozostaje kroczenie wokół niej, budowanie obrazów i ścieżek, które za każdym razem rytualnie przypominać będą jedynie, że nadpisane zostały wokół “czegoś”. Może również i tutaj tkwi zwłoka – nie tylko w umieraniu i życiu rozumianemu jako ulotny ślad wszechobecnej śmierci, ale także w wypisywaniu, czy raczej rzeźbieniu krajobrazu w słowach;   w cierpliwych i rzemieślniczych (średniowiecznych niemalże) ruchach pióra. Do tych umiejętnie prowadzonych opisów powracać można ilekroć zmęczy Cioranowski patronat nad tomem. Wielokrotnie na jednym obrazie udaje się bowiem poecie uchwycić po Breughlowsku alegorię i detal, ogólne zasady i jednostkowe przeżycia:

Może skakać po kamieniach,
kłaść na grzęzawisku palto, pójść za odbitym
od podszewki światłem lub wspinać się po wyłomach,
nad bruzdę wilgotnej ziemi ze śliską rosówką.
Coś wybierze. Zasieje na hałdzie trawę, podpali
torf i usiądzie przy ogniu. Robak spulchni skorupę,
obcas utkwi w błocie. But zsunie się ze stopy.

(Prawidła)

Nader istotny wydaje się u Gajdy moment zawieszenia, uchwycenia czasu w trakcie pracy i przecięcie go z pozaczasowym, transcendentnym spojrzeniem. Poeta ujęty jest więc i jako liryczny bohater, uczasowiony, poddany napięciom i emocjonalnym kryzysom, i jako teoretyczny demiurg, który świat stwarza w słowach, nadaje prawa i postrzega całe istnienie jako “już dokonane”, licząc się równocześnie z jego skażeniem w miarę oddalania się od stwórcy. Między alegorycznością i detalem rodzi się podobne napięcie, jak między patrzącym i przeżywającym. Słowa odklejają się od zdarzeń, bo “Nikt nie wierzył w ani jedno słowo. A usłyszane / dryfowało jak porzucone wiosło albo drzazga z arki” (Liryka lokalna).

Dramatyzm tych wierszy wynika (i zarazem prowadzi, zapętlając się w punkcie wyjścia) z teologicznego i dualnego postrzegania świata, które pęka pod wpływem refleksji i emocji. W końcu zaciera się różnica między życiem i śmiercią, a oba stany popadają raz to w gnicie lub próchnienie, raz w sterylność i jałowość. W końcu prowadzeni śladem podmiotu, w paradoksalnie ostatnim, a zarazem tytułowym wierszu, przystajemy na motywującą cały tomik wątpliwość Gajdy:

Ci będą mówić do ciebie na głos, dopóki nie wbijesz
w ściany gwoździ pod ich święte portrety. W końcu sam siebie zapytasz:
po której stronie jest niebo, po której piekło? W domu nie będzie lustra
i klucza, a oni zaczną gromadzić się w stada, skakać przez płonącą
obręcz.

(Zwłoka)


Sławomir Płatek, Zróbcie miejsce na złe myśli (Szkic krytyczny o poezji Piotra Gajdy), [w:]  http://www.salonliteracki.pl/ - 30.12.2011

Kolejność wydawania tomików poetyckich to jedna ze zagadek rynku, przeoczana i zaniedbywana. Zdarza się nazbyt często, że nie tylko debiut (przeładowany, czy niedopracowany), ale i kontynuacja wypadają blado. Pomysł na pierwszą książkę pieści się zwykle przez wiele lat, dokarmia, obrabia. Druga? Niezależnie od jej założeń nie powinna wyglądać jak wydruk odrzutów z pierwszej, a niestety często tak właśnie wygląda.


To oczywiście skrajność, w wypadku Piotra Gajdy wcale nie jest źle, ale chyba jednak zasadniczego, strukturalnego pomysłu na nr 2 nie było. Gdyby wyszła najpierw Zwłoka, a potem Hostel, byłoby wszystko jasne. Świetny debiut i jeszcze lepsza kontynuacja. Mamy jednak te same dwa tomiki z drobną pozornie różnicą - w innej kolejności. Matematycznie się zgadza. Suma 1+1 jest ta sama, niezależnie, jak by obracać jedynki. A jednak suma brzmi: wyjątkowy debiut, a potem zniżka. O ile wiersze z Hostelu zabrały mnie ze sobą, o tyle te ze Zwłoki ja musiałem wywlekać z książki. Nie potrafię inaczej tej różnicy opisać. Warsztatowo, tematycznie, stylistycznie - obie książki stanowią monolit. Co z tego, skoro „coś” się dzieje, i jest to coś nie do przeoczenia.


Być może problemem jest przedobrzenie. Są autorzy, którym drobne niedbalstwo osobliwie służy. Tak, jak są osoby, którym nonszalancja dodaje wdzięku, choć bynajmniej nie każdemu. Tego rodzaju nonszalancję można odnaleźć w Hostelu i choć ciężka atmosfera tej książki niezupełnie pasuje do określenia „wdzięk”, to można się umówić na tego rodzaju skrót. Zwłoka wyraźnie traci polot. Miejsce intuicyjnego pisania i przyzwolenia na intuicyjne czytanie zajęły konstrukcje myślowe, chyba zbyt przemyślane, uzupełnione o szczegóły, mające naprowadzać i precyzować logicznie ułożone sensy.


Tę diagnozę zdaje się potwierdzać sam Gajda. Tu i ówdzie pojawiają się nie wiadomo czemu służące zagłębiania odautorskie w interpretację wierszy, podczas gdy jedna z ich zasadniczych wartości polega na niejednoznaczności interpretacyjnej. Na wyczerpaniu analizy w polu nastroju, ominięciu warstwy intelektualnej. Co dziwniejsze, autor (jak twierdzi w wywiadzie dla Roberta Rutkowskiego) sugeruje się opiniami wiszącymi na jednym z portali internetowych, gdzie niestety dokładne czytanie wierszy nie jest standardem. Oczywiście niedokładny czytelnik, to też czytelnik i należy brać go pod uwagę, ale tylko do pewnego stopnia.


Mam nawet wrażenie, że to całe prostowanie w tym szczególnym wypadku psuje poezję. O ile Różewicza trzeba (nakazowo - rozdzielczo - trzeba) czytać w określony sposób, o tyle Gajdę - proponuję w nieokreślony. Wyciąganie prywatnych inspiracji, poprawnych zrozumień, analiza logiczna - to wszystko nie służy jego wierszom. Są jak radio - działają na wyobraźnię. Są jak (paradoks!) książka. Każdemu podpowiadają inną twarz bohatera, a jednak wciąż jest to ta sama książka dla wszystkich. Może w tym jest problem różnicy między Hostelem a Zwłoką - za dużo domagania się. Presja już nie tyle autora na wiersze, co wierszy na wiersze. Ciężar własny.


Obie książki Piotra Gajdy dają pretekst. Od razu rodzi się pytanie - pretekst do czego, jak go wykorzystać, czym ten pretekst jest motywowany? Otóż nieważne. To zdanie wystarczy: dają pretekst. Uchylają szczeliny do czegoś, czego nie chcę nawet próbować w tym szkicu opisywać, bo nie wyręczę poety. Dowodzenie, że po drugiej stronie szczeliny jest najzwyczajniej odbicie czegoś, co mamy już w garści, zabiera energię. Czas totalnej prywatności poezji nie daje takich szans. Każdy jest człowiekiem na własny użytek, nie ma czego odkrywać, skoro wiemy jak mamy na imię, gdzie mieszkamy i że umrzemy. Traktowałem (i nadal chciałbym traktować) poezję Piotra Gajdy jako specyficzną odpowiedź na „kobiece” pisanie - mocno subiektywną, nie interpretowalną - bo osobisty stosunek do niej nie powinien być oparty na logicznej interpretacji. Ten szkolny nawyk jest zaledwie wycinkiem horyzontu. A wracając do „kobiecych” wierszy, zwłaszcza tych irracjonalnych, opartych na nastroju - Gajda ma do zaproponowania po prostu coś więcej. Z rzeczy dodanych - autentyzm. Z odjętych - infantylność. Jeśli poezja ma iść w takim kierunku, w stronę mocno zmetaforyzowanej, nieprzystającej symboliki nastroju - to zdecydowanie wolę podejście Gajdy od podejścia paru młodych poetek.


Wisi nad wierszami obu zbiorów parę myśli zasadniczych. Można je zbierać z atawistycznych skojarzeń, własnych wizji po lekturze, kontekstu całości. Jest tu dobrze sprecyzowana osobowość twórcza, typ wyobraźni. Pesymizm wart poznania dla samej ścieżki, która przezeń biegnie. Autor prowadzi tę ścieżkę świadomie, z wyczuciem i polotem.


Pojawia się zapowiedź trzeciego zbioru. Jak twierdzi autor (w przytoczonym już wywiadzie), ma być inna od poprzednich. Niech będzie inna. W jakość nie mam powodu wątpić. Ale wszystkie pozostałe rzeczy, niech będą „inne”.


Piotr Gajda, Zwłoka, Biblioteka Arterii, SPP Oddział w Łodzi, 2010


Szkic nagrodzony w 2011 roku drugą nagrodą w łódzkim konkursie krytycznoliterackim

                                                 —

Grzegorz Kociuba, Myśli przy „Zwłoce” – recenzja tomu Piotra Gajdy, [w:] „Poezja Polska”, 12.03.2011 r.

Czytam tomik Piotra Gajdy „Zwłoka” i myślę, o tym, że poezja, ta dobra, oryginalna, inwencyjna, jest z innego porządku. Wymyka się racjonalnym kategoriom, modelom schematom, bowiem istnieje na wszystkie strony; jej semantyka raz po raz przekracza siebie samą, otwierając swe znaczenie na to, co dziwne, zaskakujące, nieprzewidywalne.

Obrazy w wierszach Gajdy są wyraziste, sugestywne, drapieżne, a przy tym nie dające się łatwo przetłumaczyć na dyskurs, bronią się przed bezpośrednim odnoszeniem ich do rzeczywistości pozajęzykowej, do tzw. życia. Są skrajnie kreacyjne, zawzięcie strzegą swojej autonomii, a jednocześnie nie mają w sobie nic z wydumanej, programowo realizowanej konstrukcji. Płyną „naturalnie”, jakby były przedłużeniem bycia, jakby egzystencja spontanicznie je z siebie wydzielała. Zapewne prowadzą ze sobą jakiś rodzaj wielogłosowej rozmowy, ale tej rozmownie da się, na dobrą sprawę, uchwycić od zewnątrz, nie można jej posłuchać, stojąc z boku, wybierając dla siebie status obserwatora. Trzeba w te obrazy wskoczyć, trzeba się nimi stać, by poczuć ich liryzm i grozę, afirmację i negację, patos i ironię. W tych obrazach są części ciała, wnętrzności ludzi i zwierząt, wędrują przez nie ludzie i lasy, ślimaki i ryby, larwy i węże, gawrony i zające…To wszystko się wzajemnie tasuje, miesza, nawzajem wymienia, tworząc ruchliwą magmę, a zarazem precyzyjny kosmos. Te obrazy są względem siebie skrajnie samotne, ba, tworzące je elementy zdają się zatomizowane, monadyczne, a zarazem, jakimś cudem, udaje się im o siebie zahaczać, łączyć ze sobą, by otwierać możliwość dla innych obrazów, by tworzyć swoje-nie-swoje ciągi dalsze. Te obrazy tak nagle się urywają, jak niespodziewanie się pojawiły. Ich miękkość przepoczwarza się w chropawość, a ta z kolei w drapieżność, drapieżność ta znowu w okrucieństwo, a ta jeszcze w ironię, a ta na koniec w łagodność. I tak od pierwszego do dwudziestego dziewiątego wiersza tomiku.

Nie wiem, czy są jakieś dyskursywne wypowiedzi Gajdy na temat poety i poezji, ale w jego wiersze wpisano wyraziste intuicje na temat bycia poetą i procesu rodzenia się wiersza.

Poetą nie jest ten, kto ciuła obrazy, kleci wersy, ustawia cegiełki strof, ale ten, kto jest nieustannie atakowany przez roje przeczuć, intuicji, myśli i przedmiotów, znaczeń. Żeby się przed nimi bronić, musi je zapisywać, musi raz po raz otwierać w sobie śluzy, żeby zgromadzony w nim nadmiar mógł się przelać w metafory, wersy, zdania, strofy…Tak rozumiany poeta nie ma punktu dojścia, bowiem jest ciągle w drodze. Ta droga może się w pewnym momencie urwać, gdy obrazy przestają atakować. Poezją jest więc ten stan egzystencji/podmiotu/osoby, w którym powstaje wiersz. Wszystko, co wokół tego się dzieje (tomiki, promocje, festiwale, nagrody, stypendia) to literacki biznes, rzecz na pewno istotna, ale istniejąca na zewnątrz tego, co jest istotą poezji, czyli samego aktu poetyckiego.

Wiersze Gajdy to wieloznaczne, wielogłosowe obrazy, które dla mnie przypominają instalacje. Czym różni się instalacja od, dajmy na to, obrazu albo rzeźby? Otóż obraz, rzeźba nie tylko są bardziej jednostronne materiałowo, ale, co może ważniejsze, inaczej istnieją w przestrzeni. One są w tej przestrzeni określone, zdefiniowane, zajmują w niej miejsce jako to-a-nie-co-innego, tymczasem instalacja nie dość, że jest materiałowo (najczęściej) synkretyczna, to jeszcze inaczej istnieje w przestrzeni; nie tyle istnieje, co raczej na chwilę wynajmuje w niej miejsce. Niepewność wynajmowanego przez nią miejsca wynika z ontycznej niepewności niej samej. Jest wszak hybrydą, amorficznością, istnieniem, które kwestionuje swoja istotność, a zarazem z całą mocą podkreśla, że nie ma mocniejszej istotności nad te, co ma odwagę siebie kwestionować. W końcu nicości nie boi się tylko to, co w każdej chwili jest gotowe w nią wejść.

Instalacja, poprzez swoje niedomknięcie, pokazuje otwartość przestrzeni. Uzmysławia, że nie tylko jej status jest chwiejny, niepewny jest również status samej przestrzeni. Rzecz w tym, że sama przestrzeń, mówiąc paradoksalnie, słabo osadzona jest w przestrzeni; przestrzeń, poprzez swoją otwartość, odkrywa własne niedomknięcie, to mianowicie, że nie potrafi zdefiniować swoich granic, nie umie samej siebie raz na zawsze osadzić.

I coś podobnego jest w wierszach Gajdy. U tego poety obrazy-instalacje także nie mają oparcia w sobie. Tak szybko przepływają, mutują, przepoczwarzają się, że nie mają czasu na to, by ustabilizować siebie semantycznie, i przestrzennie. A na czym taka stabilizacja się zasadza? Na pewnych formach replikacji. Skoro obrazy Gajdy, mówiąc paradoksem, replikują głównie oryginalność, to jak mają siebie stabilizować? Jest to po prostu niemożliwe. I chwała im za to, bo pokazują odwołując się niby do poezji obrazu, tradycji, ciągłości, że ani obraz, ani tradycja, ani ciągłość nie mają ostatecznego uprawomocnienia; wciąż od nowa muszą podejmować trud stabilizowania swojej istoty w oparciu o swoje istnienie.

Czytam tomik Piotra Gajdy „Zwłoka” i myślę, że poeta z Tomaszowa Mazowieckiego gra w innej lidze niż większość autorów najnowszej polskiej poezji. To, co proponuje Gajda, wyrasta nie tylko ponad średnią poetyckiej produkcji, ale dystansuje także autorów jadących w czubie peletonu. Tak trzymać!


Anna Spólna, Ciemne, głębokie lustro, [w:] „Miesięcznik Prowincjonalny” Nr 4 (127)/2011

Zostaliśmy uprzedzeni. Okładka i tytuł tego tomiku nie pozostawiają wątpliwości — to będzie bolało.

1. Zwłoka oznacza odsunięcie w czasie czynu albo decyzji, tym samym moment zawieszenia, jak w wierszu otwierającym książkę poetycka Piotra Gajdy:

Zawieszony pomiędzy zamiarem a skokiem.
Jakby przysiadł na murze cmentarza i nie wiedział,
w którą stronę obrócić twarz, szukać słońca
czy bluszczu?

(Prawidła, s. 8)

Jednocześnie kojarzy się ze zwłokami, a pośrednio z obserwowaniem i doświadczaniem śmierci. Bohaterowie zbioru nie mogą uciec od jej przemożnej obecności. Pomiędzy dziećmi i rodzicami snują się nici dziedziczonych traum, bolesna więź pamięci buduje ich życie po życiu (Argon, Łęty, Skorupa). Najbardziej przejmującym wierszem z tego cyklu jest Światłoczułość, rozmowa z „źle się śniącą” córeczką, ciemnością i lękiem (s.13).

2. W mrocznych wierszach Gajdy łatwo zmylić tropy. Symbole — ogień, nić Ariadny, ryba, karawana, gwóźdź przebijający ciało nie znaczą, nie nazywają sensów. Jego świat jest ahistoryczny, choć gromadzi fragmenty rozproszonych opowieści: kolejne inwazje koczowniczych ludów suną przez nieprzyjazny obszar lodu i piasku, bezimienne i obce sobie nawzajem (Boża inwazja, s.15). Nie ma dokąd uciec przed nadwrażliwością, żadne religie nie osłodzą leku — oparciem nie będzie ani Budda „żółty jak budyń”, ani Chrystus jako wielkanocny „słodki baranek, który rozpuści się w dłoni” (Cukry, s. 20). Równie niepokojące, jawnie zdesakralizowane są opisy katedry, z obco brzmiącym tonem jej dzwonów, figurami Papieża i Kardynała zagarnianymi przez martwe drzewa w parku, larwą jako pieczęcią niezgody na drzewcu krzyża (Big Bang, s. 22). Odmienność spojrzenia poety — wizjonera ujawnia się najpełniej w wierszach odwracających znajomy porządek myślenia i mówienia o rzeczach ostatecznych. Jak w Szreni, z obrazem zająca schwytanego „daleko w lesie we wnyki, / po którego nikt nie przyszedł” (s. 29). Jak w Schizmie, gdzie parafraza ewangelicznych słów i dwuznaczności zadawanych pytań ujawnia bunt oraz ukrytą pod nim rozpacz porzucenia:

A jeśli Bóg zwierząt jest kierowcą ciężarówki? Setki razy
widziałem na drodze rozjechane ścierwo i zadawałem
pytanie: czemu je opuścił? Jak dog, który aportując
odbiegł za daleko od pana i już nie powrócił.

(s.24)

3. Opisy utraconego raju, zmienionego w rzeźnię, stają się wyzwaniem dla wrażliwości. Pejzaże — miejskie czy podmiejskie — są u Gajdy nadrealistycznie przerysowanymi obszarami osaczenia, zagrożenia, pułapek. Przestrzeń „pęka, trzaskają / jej ścięgna” (Świat, s. 31). Jest zawsze silnie zmetaforyzowana, jak w wierszu Liryka lokalna, przetwarzającym swojski koloryt lokalny (miejscowi, popijający w bramach, prowadzący niespieszne spory, snujący swoje zmyślone historie) na opowieść o żegludze donikąd, bez ocalenia (s. 9). Na dworcu „Megafon zapowiada / apokalipsę, pluje krwią” (Nadbagaż, s. 21). Katastroficzne wizje atakują zmysły podmiotu, po czym płynnie wnikają do wnętrza ciała (Filtry). Jakby wyjęta z turpistycznych płócien Beksińskiego rzeczywistość osuwa się w senny koszmar (Ruiny).

4. Oswojona myśl o własnej śmierci, ujawniana w kolejnych tekstach, uprywatnia katastrofę, wprowadza   ją w intymną, najbliższą sferę. Oto Rewers, imaginacyjny zapis samobójstwa:

Przepowiesz mi śmierć? Mysz skradającą się
pod sprężynami łóżka, której zamarło serce,
jakby na drodze stała kotka, która karmi kocięta?

Tego samego dnia słońce zsunie się z dachu
i ujrzę przyszłość w lustrze z wrzącej miedzi.
Ostudzę mleko i przez okno przyjrzę się piołunom
na wzgórzu. Wespnę się na parapet.

Ukryję głowę w ramionach, tuż przed trzaśnięciem
szwów, które łączą mnie z żywymi. Zanim w grzbiet
wbije się pazur.

(s.18)

Bohater przeżył już niejeden koniec świata, kolejne wyobraża sobie po wielokroć, w różnych odsłonach:

Spróbuj włożyć do ust kulę
śniegu. Ze świstem przebije się przez potylicę, na drugą
stronę odrętwienia. W odwilż lepką jak mango.

(Hipotermia, s. 30)

Nieuchronność losu, który — mimo tytułowej zwłoki — musi się wypełnić, zwiastują martwe zwierzęta: psy, owady, ślimaki, robaki, małże. Są na zewnątrz i w środku bohatera, drążonego przez ekspansywna rozpacz, niewładającego już sobą. Jego wnętrze przypomina czasem toczone przez robaki ścierwo, czasem martwą studnię – szyb, w którym na dnie jest „stojąca woda. / Lustro tak ciemne i głębokie, że pochłaniało noc” (Szyb, s. 14.)

* * *
Zapis udręczenia, nawracającej, prywatnej apokalipsy można odrzucić. Można się także w nim zanurzyć. Sprawdzić, jak i dlaczego boli.



Przemysław Dakowicz, Czytanie na zdrowiu, [w:] „Topos” Nr 5 (114)/2010

Wyciągnąłem kopertę ze Zwłoką ze skrzynki pocztowej, schowałem ją do plecaka z napojami i biszkoptami, a potem pojechaliśmy z Zuzią na jej ulubiony plac zabaw w dzielnicy Zdrowie. Dla nieznających Łodzi małe wyjaśnienie: jest to najbardziej zielone miejsce w całym mieście. Ogródek jordanowski, w którym przesiadujemy, otaczają wysokie drzewa, jest cicho, sennie, prawie jak na wsi. Dzieci wspinają się na drewniane palisady, włażą na stare opony, zjeżdżają ze zjeżdżalni, huśtają się na huśtawkach i kręcą na karuzelach. Najmłodsze z cierpliwością wartą lepszej sprawy przekopują piaskownice. Zwykle staram się wybrać ławkę stojącą w cieniu. Z plecaka dobywam książki. Próbuję czytać. Nie jest to sztuka łatwa, co i rusz trzeba coś podawać — to kompocik, to cukierka,to herbatniczka lub kanapkę. Czasem jednak się udaje. Właśnie tak było dzisiaj. Zatonąłem po uszy w... Zwłoce Piotra Gajdy.

Gajda jest autorem szeroko komentowanego i dostrzeżonego przez wielu krytyków tomu Hostel. Niewiele brakowało, by książka ta otrzymała nominację do nagrody Nike. Niestety, sekretarz nagrody przespał jeden rok i z powodów regulaminowych sprawa upadła. Nie zmienia to faktu, że do chwili kiedy została wydana Zwłoka, był Gajda jednym z najciekawszych debiutantów ostatnich lat. Druga książka umocni, jak sądzę, jego pozycję na giełdzie literackiej, wnosi bowiem do tej twórczości nowe tony, stanowi przekonujące świadectwo eksploracji nowych terenów, utwierdzając czytelnika w przekonaniu, iż autor dysponuje głosem w pełni niepodległym, oryginalną dykcją i wyobraźnią zdolną kreować świat niepodobny do żadnego innego, ukazywany z perspektywy klaustrofobiczno-neurotycznej, a mimo to otwarty na język i obraz głęboko zakorzenione w tym, co minione, a co zwykliśmy nazywać tradycją kultury śródziemnomorskiej.

Poniżej kilka notatek na marginesach wierszy Gajdy, które poczyniłem podczas dzisiejszej wyprawy na plac zabaw na łódzkim Zdrowiu.

1. Świat Gajdy jawi się jako pogorzelisko, śmietnik, na którym właśnie dopalają się ostatnie odpadki. Poeta zbiera je i ogląda pod światło. Najchętniej wybiera światło księżycowe, ciemny, matowy blask, dochodzący zza chmur przelatujących po nocnym niebie.
2. Wiersze ze Zwłoki niemal bezwyjątkowo traktują o śmierci. Nie chodzi tu jedynie o obumieranie ludzkiego ciała, odchodzenie osób, przedmiotów i ludzi, ale nade wszystko o śmierć pamięci (kulturowej) i śmierć sensu. Tomaszowski twórca płynie pod prąd zanieczyszczonej ściekami rzeki słów i obrazów, w mętnej wodzie potrąca niesione falą przedmioty. Utwory z nowego tomu to, przeprowadzona z żelazną artystyczną konsekwencją, inwentaryzacja owych dotknięć i potrąceń.
3. Obrazowanie jest niezwykle dynamiczne, to ciąg widzeń (zwidów?), które nieustannie się mieszają, nachodzą na siebie, nawzajem przesłaniają. Mortualna wyobraźnia Gajdy cierpi na ADHD, lubi szybki montaż, wizję totalną, wszechogarniającą. Pierwsze wrażenie: te wiersze są jak worki, w które pośpiesznie wrzucono to, co akurat były pod ręką. Ale ich zawartość w jakiś niewytłumaczalny sposób porządkuje się, hierarchizuje, układa w konstrukcję, którą można próbować zrozumieć, pojąć, odczytać.
4. Świat Gajdy jest dychotomicznie przełamany na pół, przy czym stronę lewą, ciemną, martwą, widać znacznie wyraźniej niż tę drugą, po której światło i życie. Poezja to przedzieranie się, mozolne i raczej bezowocne, z lewa na prawo, poszukiwanie śladów tego, co tam, w tym, co tu, odczytywanie palimpsestu, łamanie szyfru nie do złamania:

Mówiłem, a mój głos zmieniał barwę, jakbym trzymał
w ustach farbkę. Patrzyłem na lamperię. Na smugę cienia
ukrytą we wnęce, w martwej mątwie.

Sięgałem do światła po nasiona, drobne okruszki ze zbitych
żarówek, i noc przynosiła żniwo. Nie mogłem krzyczeć,
bo struny nie miały ani grama obcego stopu, zrobione
z tego samego srebra, co kamień, który spadł na dach
z księżyca. Szedłem wzdłuż linii narysowanej kredą.

Z każdym krokiem cegły w murze puchły jak czerwone
mięso na słońcu. Przeciskałem się przez szczeliny, węższe
od przełyku zarzynanej nutrii. Gruz był ruchomy, ale wierzyłem
wodzie w płucach, dźwiękom w fali.

(Ruiny)

5. Myślenie Gajdy można uznać za myślenie dyskursywne, zdążające do wniosku, pointy, podsumowania. Ale zamiast argumentów otrzymujemy obrazy, niezwykle plastyczne, niemal namacalne, jakby działy się tuż przed oczami obserwatora. Cały wysiłek odbiorcy polega na tym, by zrozumieć ich rytm, odkryć zasadę rządzącą ich przemiennością. Tę zasadę byłbym skłonny nazwać ekspresjonizmem asocjacyjnym (metafory i porównania eksplodują na naszych oczach).
6. Obrazy dość często bywają łączone łańcuchowo, tzn. część struktury semantycznej danego obrazu zazębia się z częścią struktury obrazów poprzedzającego go i następującego po nim. Część wierszy sprawia wrażenie coraz bardziej zaciskających się i rozrastających węzłów — nie do rozcięcia nawet mieczem Aleksandra. Zdarzają się teksty zbudowane na jednym obrazie (symbolu), którego polisemantyczne echo niejako otwiera tekst na niewyrażalne:

Odbita na śniegu samotność —

zając schwytany daleko w lesie we wnyki,
po którego nikt nie przyszedł.

(Szreń)

7. Niezwykła rola tytułów, które są jak enigmy do łamania szyfru wierszy.
8. Okruchy symboli chrześcijańskich rozsiane w utworach ze Zwłoki, odniesienia do Nowego i Starego Testamentu. Zwłoki poety są zwłokami chrześcijanina, poruszającego się chaotycznie wśród rudymentów wiary, usiłującego rozpoznać znaki, które straciły na znaczeniu, aplikującego współczesnej logorei opowieści z Księgi Genesis, Księgi Wyjścia i Ewangelii (Schizma, Raj utracony, Łazarz, Morze Czerwone, Iskry, Oparzelina).

Rację miał Tomasz Cieślak, kiedy pisał, że trzeba te wiersze czytać powoli.

Powoli i po wielekroć. Nie można nie dodać, że ogródek jordanowski nie jest szczególnie odpowiednim miejscem na tę lekturę.

Przemysław Witkowski, Pod podłogą bije serce myszy, [w:] „Odra" Nr 2
(598)/2012

1.
To będzie długa podróż z twardym irysem w ustach.
Ze słodkim barankiem, który rozpuści się w dłoni.

Druga książka Piotra Gajdy, Zwłoka, przynosi kolejną porcję wierszy, które przenika surrealistyczne obrazowanie, bajkowe rekwizytorium i imaginistyczna fraza. Poeta z Tomaszowa, późny debiutant związany ze środowiskiem łódzkim, coraz lepiej czuje się na scenie poetyckiej. Dostajemy do ręki tom spójny i równy, w którym Gajda snuje kolejna odsłonę swojej opowieści o przenikaniu światów – żywych i zmarłych, tkając ją ze snów, obrazów i wspomnień.
2.                                                                  
Przeprawiali się                                                                             
przez kałużę o barwie wątroby. Opuszczali kontynent
na foliowych reklamówkach, wzdętych pęcherzach ryb.

Skąd tytuł Zwłoka? Sądzę, ze to wynik powolnego dziania się, jakie wypełnia jej karty, smakowania w spokoju drobnych przyjemności i wolnego trawienia drobnych smutków. Świat w wierszach Gajdy jest światem w mniejszej skali, jakby stworzonym dla małych zwierzątek, ludzików z drewna, a opowieść w Zwłoce jest opowieścią dziecka, niewinną, bajkową, jak ilustracji Pinokia albo bajek Andersena, do których czasem tylko zagląda groza.
3.
Mówiłaś, wejdź we mnie i zostań
tam przez zimę stulecia.
Bohaterowie wierszy Gajdy są jak małe zwierzątka: tkwią w niszy, ukryci przed światem, zagłębieni w ciepłe miejsca, gdzie mogą schować się przed groźnym, nie dać się porwać; to istoty wtulone w siebie w ukryciu, marzące o tym, by znaleźć lustro tak ciemne i głębokie, że pochłaniało noc; to dzieci patrzące przez zaparowaną szybę na zamieć.
4.
Nie mogłem krzyczeć,
bo struny nie miały ani grama obcego stopu, zrobione
z tego samego srebra, co kamień, który spadł na dach
z księżyca.
Ta poezja flirtuje z wyobraźnią Leśmiana, nastrojem Meyerinka, detalem z Klimta i Muchy, i czasem nawet udaje się jej ten flirt zakończyć sukcesem. Dostajemy wersy, które błyszczą złotem, srebrem, pachną kadzidłem i szukają swojego miejsca na ścieżce, którą wytyczył w polskiej współczesnej poezji Roman Honet. Gajda bardzo chce nas zabrać do malinowego chruśniaka, a jego fraza wije się jak secesyjna linia roślin na sztukaterii, czasem tworząc piękne zakola, a czasem wyprowadzając nas na manowce.
5.
Na jednym drzewcu
wiła się larwa, potem ptak porwał ją do gniazda.

Słowem kluczowym jest śmierć, która krąży poza tym ciepłym miejscem, gdzie ukrył się podmiot, która czeka tylko na jego potknięcie, jak kot na mysz, spokojnie, bez emocji, żeby – gdy tylko pojawi się okazja – wystrzelić i zabrać, zniknąć, pożreć. Dopóki tkwimy w rodzinie, skupieni w norce, dopóki Pod podłogą bije serce myszy, jesteśmy bezpieczni, ale przecież Czerwone światełko / w tunelu zgaśnie w psim oku. Niezmienne pozostaną / inne znaki. Wiosną sukę w rui potrąci pośpieszny. Nie było, nie ma i nie będzie ucieczki. Jest tylko chwilowy letarg, sen.
6.
W końcu sam siebie zapytasz: po której stronie
jest niebo, po której piekło?
Czasem jednak obrazowanie w wierszach Gajdy wpada w kakofonię, chaos – plany się mieszają i z „potrawy” robi się breja. Obrazy tracą jasność, nie zyskując w zamian pogłębienia, jak gdyby autor chciał doprawić, a ostatecznie przesolił, i okazuje się, że ciało to prodiż, który kopie prądem, albo pojawia się nagle porowaty kamień przeciskający się przez moczowód i nie wiadomo dlaczego w smażalniach ryb rozłożono święte/ księgi. Metaforyka wymyka się spod kontroli i oddala się w niewiadomym kierunku, byle dalej od sensu, byle bliżej dziwności.
7.
samotność –
zając schwytany daleko w lesie we wnyki,
po którego nikt nie przyszedł.
Są jednak wśród tych wierszy naprawdę piękne obrazy, epatujące smutkiem, ciężkie jak atłasowe, duszne zasłony w starym domu, a ty masz siedem lat i zgubiłeś się na strychu, wśród wypchanych zwierząt, zakurzonych skrzynek, starych ubrań. Urocza, melancholijna poezja. Warto poszukać, warto znaleźć.


Kinga Trznadel, Po której stronie jest niebo, po której piekło?, [w:] "Fraza" Nr 3-4 (73-74) 2011


         Piotr Gajda (ur. 1966) jest poetą, autorem książki poetyckiej Hostel, wydanej w 2008 roku, laureatem wielu konkursów i turniejów poetyckich, związanym ze środowiskiem łódzkim. W ubiegłym roku wydał swój drugi tom zatytułowany Zwłoka. Jest to zbiór 29 wierszy, które tworzą świat na pozór bardzo realny., w rzeczywistości jednak zbudowany z emocji, wrażeń i wspomnień. Utwory te mogą wydawać się niektórym nieprzyjemne, a nawet „bolesne” w odbiorze. Czytanie Zwłoki „boli”, bo zwraca uwagę na to, o czym staramy się na co dzień nie myśleć. Przypomina o śmierci, która tak naprawdę towarzyszy nam przez całe życie, stykamy się z nią na każdym kroku. Poeta doprowadza do zatarcia się granic pomiędzy światem żywych i umarłych, gdyż jest częścią ich obu.
       Tytuł tomiku nie brzmi jednoznacznie, jest grą słowną. Słowo „zwłoka” może kojarzyć się ze zwłokami czyli martwym ciałem. Taką interpretację uzasadnia kilka wierszy, w których pojawia się rozkładające się ciało ludzkie lub zwierzęce. Współgra też z okładką tomiku, na której widnieje drewniana rzeźba przypominająca szkielet albo zmumifikowane zwłoki. Być może jest to wizerunek przodków, o których poeta często wspomina. „Zwłoka” to także zwlekanie, przesuwanie czegoś w czasie. Możliwe, że Gajda chce nam w ten sposób uświadomić, ze odsuwamy od siebie myśl o przemijaniu i śmierci. Wiemy, że kiedyś nastąpi, ale „zwlekamy” z zastanowieniem się nad nią i nad sensem życia.
       Gdy zaczynamy czytać drugi tomik Gajdy, mamy wrażenie, że jest to poezja o charakterze opisowym. Poeta ukazuje różne pejzaże, które zmieniają się tak, jak przesuwane w zwolnionym tempie slajdy. Uwagę przykuwają różne szczegóły, których pojawienie się stanowi często przełomowy moment utworów. Obraz zawęża się do jednego konkretnego fragmentu rzeczywistości, który nie jest już częścią świata opisywanego, ale stanowi fragment świata wewnętrznego bohatera.
        Poezja Gajdy ma charakter egzystencjalny, skupia się na osobie autora. Teksty przypominają wyznania – czujemy się tak, jakbyśmy mieli bezpośredni dostęp do myśli i wewnętrznego świata poety. Bohater liryczny jest rozdarty między różnymi sposobami odbierania świata. Ma świadomość przemijania i nieodwracalności pewnych procesów, ale jednocześnie czuje się mocno związany z przeszłością, którą wciąż żyje w jego świadomości. W utworach Gajdy brzmi echo dawnych, przeżytych i zapamiętanych historii. Poeta opisuje minione wydarzenia, przywołuje nieżyjących (ojca, córkę, zabite zwierzęta). W ten sposób przybliża czytelnikom świat umarłych. Pozwala w pewnym sensie z nim obcować, tak jak on sam z nim obcuje i jest jego częścią. Dla poety proces pisania, tworzenia poezji jest sposobem obcowania z przeszłością, utrwalania tego, co już nie istnieje materialnie, ale wciąż jest obecne w pamięci.
       Gajda zadaje w swoich wierszach dużo pytań. Pozornie są one retoryczne, kierowane do jakiegoś wskazanego w tekście adresata, czasami do bohaterów wiersza, niekiedy poeta stawia je sobie lub czytelnikom. Pytania dynamizują utwory, budują napięcie i odwlekają moment poznania znaczeń utworów.

Lubisz zapach markerów, tatusiu,
narysujesz słoneczko? Weź żółty, do pępka dorysuj
promienie i zacznie świecić, żebym przestała się źle śnić.

Komu, córeczko? Matce, z którą w polarną noc sadziłem
las, żeby w chłodny poranek nie zabrakło opału? Mnie,
bo wpatrywałem się w astmatyczną żarówkę, aż oślepłem
i usłyszałem, jak ciemność ustępuje przed jej suchym
kaszlem?

                                 (Światłoczułość)

      Tematem wielu wierszy poety jest ciało. Niekiedy jest ono ich głównym „bohaterem” – opisywane na różne sposoby, będące nieodłącznym elementem procesu umierania. Ciało może być „workiem kości wykopanym z ziemi”, może „zrzucać skórę i mieścić się w garści” (Karbid), zmieniać się w popiół. W wierszu Cukry poeta pisze: „Ciało to chińska litera, gniazdo utkane z zaskrońców./ Wciąż w jednym kawałku na jednej łyżeczce żelatyny”. Ciało bohatera staje się ciałem świata, albo to świat przybiera cielesny kształt:

Wyszedłem do ogrodu zrywać jabłka, a obudziłem się
we własnych wnętrznościach. Wokół wybijano mój strach
na monetach. Czułem ich zimno, brzęk tępy niczym odgłos
mokrego żwiru zrzucanego na deski.

                                   (Raj utracony)

       Poeta przywiązuje dużą wagę do wrażeń zmysłowych, zwłaszcza dźwiękowych i wizualnych. Przy pomocy smaku, brzmienia czy zapachu stara się wyrazić to, co na pozór jest nie do zdefiniowania, przede wszystkim uczucia, wrażenia i emocje. Ostatni wiersz tomiku, od którego pochodzi tytuł całości, wyraża poznawcza niepewność poety, niemożność rozstrzygnięcia tu na ziemi spraw ostatecznych:

Ci będą mówić do ciebie na głos, dopóki nie wbijesz w ściany gwoździ
pod ich święte portrety. W końcu sam siebie zapytasz: po której stronie
jest niebo, po której piekło?

                                     (Zwłoka)

       Niepewność, wątpliwości wyrażone przez Gajdę w zamykającym tom wierszu, mogą być uznane za motywy przewodnie całego tomiku. Dzięki nim zaczynamy zastanawiać się nad własnym miejscem w świecie, nad tym, do czego zmierzamy i gdzie dojdziemy u kresu swojego życia. Wiersze zebrane w tomiku przypominają wspomnienia z dzieciństwa i migawki z życia bohatera. Na pozór niewinne obrazy, zwyczajne wydarzenia, zostały opisane jak traumatyczne przeżycia, pełne makabrycznych scen. Takie postrzeganie świata przez poetę może uświadomić nam, że świat, w którym żyjemy, nie jest skonstruowany wyłącznie z rzeczy pięknych i przyjemnych, że jeśli nawet na co dzień nie stykamy się ze śmiercią i zniszczeniem, to w każdej chwili możemy ich doświadczyć i musimy być na nie przygotowani.


Grzegorz Kociuba, Hałaśliwy majak zdarzeń, [w:] „Migotania” Nr 2 (39) 2013

nie jestem po żadnej ze stron waszej
planetoidy.
                      Piotr Gajda

  Piotr Gajda (ur. 1966 r.) bardzo konsekwentnie realizuje swój poetycki projekt. Po tomach Hostel  (2008) oraz Zwłoka (2010), oba wydane w bibliotece kwartalnika „Arterie”, opublikował trzecią książkę poetycką zatytułowaną Demoludy[1]. Najnowszy tom Gajdy kontynuuje poetykę, jaką wypracował autor we wcześniejszych książkach, ale też przynosi jakości nowe. Jakie? Przede wszystkim wyjątkową szybkość oraz kondensację obrazów i znaczeń, które sprawiają, że świat przedstawiony tej poezji stawia nie lada wyzwania dyskursywnej deskrypcji. Po wtóre, gwałtowne zmiany „planów akcji”, powodujące, że uwaga czytelnika angażowana jest na wiele sposobów; musi on wędrować w różne strony jednocześnie, aby nadążyć za ruchem obrazów i znaczeń. Po trzecie, wiersze Gajdy ukazują współczesny świat jako obszar „erozji”, „durny talk show”, przestrzeń wytrawioną z istotności, w której nijakie godziny następują jedna po drugiej, a przyszłość jest mglista i niepewna. W tym ostatnim aspekcie perspektywa podmiotowa ustępuje często miejsca bohaterowi zbiorowemu, jakiemuś, najczęściej niewyraźnemu, „my”, którym jesteś(my).
  Ma słuszność Maciej Melecki, redaktor tomu i autor noty na czwartej stronie okładki, gdy pisze o sposobach konstruowania obrazu w Demoludach
  W technice takich właśnie zestawień jest sporo z kolażowego montażu, albowiem dużo tu porwanych wątków, zaskakujących ujęć, gibkich cięć i sugestywnych przetasowań. Wiersze te eksplorują częstokroć obszary dość minorowe w swej postaci, gdzie trudno znaleźć najlichsze nawet pocieszenie, ale dzięki asocjacyjnym ciągom, językowym skrętom i zwarciom, zawsze towarzyszy im, uzyskany w efekcie, realistyczny obrys – przeszywający aż do szpiku poetyckiego kośćca.  
 Kolażowość, asocjacyjność, fragmentaryzm, ale także jukstapozycja, symultanizm, ale również katachretyczna metaforyka, rozgrywająca się na krawędziach, granicach semantycznej wytrzymałości obrazów i sensów, służą w tej poezji kilku celom. 
  Po pierwsze, stanowią wcale przekonujący analogon świata jako chaosu, w którym wszystko ze wszystkim jakoś się miesza, zderza, ale niewiele z tego wynika, gdyż komunikacja jest naskórkowa, zdawkowa i nie służy budowaniu trwałych relacji. Autor Hostelu pokazuje nasz świat jako „płynną rzeczywistość”, jałowy dryf, a zarazem rodzaj „nowoczesności schizofrenicznej”(Przemysław Dakowicz ), w której nasza świadomość jest nieustannie rozpraszana; nie potrafi się skupić, skoncentrować, wyciszyć, gdyż do tego stopnia uzależniła się od zewnętrzności, świata w jego doraźnym „dzianiu się”, że utraciła kontakt z własną duchowością. Ten świat nie daje oparcia, bowiem angażuje w siebie tylko po to, aby nas wycisnąć, skonsumować, przepuścić przez niwelującą maszynerię. 
  Po wtóre, są tworzeniem języka podmiotowego, który próbuje wymykać się językowi zużytemu, spetryfikowanemu, językowi, który po wielokroć replikowany i trywializowany utracił nie tylko znamiona indywidualności, ale także poznawczą i artykulacyjną rangę. Gajda zdaje się stawiać sprawę na ostrzu noża; albo język idiomatyczny, albo retoryka. W tym drugim przypadku język wiersza zostaje de facto wchłonięty przez homogeniczne dyskursy i zatraca własną sygnaturę. Nic więc dziwnego, że autor Demoludów wkłada wiele wysiłku, aby profilować język swych wierszy maksymalnie podmiotowo, nadając mu nie tylko cechy indywidualności, ale także nieobliczalności, jednorazowości, artykulacyjnej momentalności. Tu nic nie powinno zdarzyć się dwa razy, gdyż każda repetycja osłabia siłę obrazów i znaczeń, przemieszcza nieuchronnie to, co indywidualne w sferę tego, co kolektywne, co istnieje jako poznawczy stereotyp, banał, językowa klisza. 
  Po trzecie, demaskowanie socjosfery jako obszaru rozmaitych przekłamań, wykluczeń, medialnego kneblowania tego, co kwestionuje uroszczenia i narracje politycznego, medialnego, kulturalnego mainstreamu. Otóż język własny, osobniczy, silnie zindywidualizowany nieźle się do tego nadaje, gdyż potrafi wychwycić fałsze i mielizny tego rodzaju opowieści ( „Porowaty szum mowy ukryty za uszkodzonym/przekaźnikiem”). Pozwala, do pewnego stopnia, wyjść poza „klatkę” zbiorowych iluzji, oszustw, ułatwionych diagnoz i równie prymitywnych remediów. 
  W Demoludach, tytuł znaczący i zobowiązujący, przygląda się poeta cynizmowi tzw. elit, ale także pokraczności naszego codziennego życia z jego kompromisami, agresją, zawiścią, pazernością, obojętnością. Bohater Gajdy nie kryje swego rozczarowania  III RP:

                (…) aroganccy pretorianie
                zielonej wyspy wyrzekną się harfy traw, gotowi

                w przerębli łowić ryby, chociaż te psuły się od głowy
                już jako cielisty narybek.
                                       Charyzmaty

 ale też ma jasną świadomość ideowej erozji Europy:

                Berliner Mauer dziś znaczy tylko tyle, że musisz
                gonić królika. Że powinieneś wierzyć  w każdy
                piksel telewizji śniadaniowej, ponieważ
                w brzuchach architektów rozszerza się próżnia.
                                       Mauerhase

       
  Nic więc dziwnego, że dystansuje się zarówno wobec „postępowców” i „narodowców”, wyznawców eurolandu i czcicieli polskości. Ich zacietrzewienie przypomina Gombrowiczowski pojedynek na miny, w którym adwersarze nie pamiętają już swych twarzy, bowiem zastąpili je maskami,  skrojonymi wedle doraźnych interesów i politycznych sztandarów. 
  Tytuł tomiku Piotra Gajdy znaczy przynajmniej potrójnie. Wskazuje na PRL-owską spuściznę, która ciągle tkwi już to w każdym nas, już to w instytucjach państwowych i sferach życia społecznego. Po drugie, demaskuje państwo i społeczeństwo demokratyczno-liberalne jako obszar rzekomej wolności, a faktycznie, przestrzeń jednowymiarową, którą dzisiejsi włodarze: ekonomii, polityki, mediów formatują  podług swych doraźnych interesów. Wreszcie, człon demo można odczytywać jako rzeczywistość w wersji demonstracyjnej, skróconej, prowizorycznej. Bo też autor Zwłoki zapisuje w swym najnowszym tomie egzystencjalne, zbiorowe, instytucjonalne prowizorium, które usiłuje przedstawiać siebie jako rzeczywistość solidną i trwałą. Ta prowizorka nie tylko nuży, ale także przeraża, gdyż nie daje trwałego oparcia ani widoków na przyszłość. 
  Wiersze z Demoludów są zarazem gorączkowe i chłodne, oryginalne zaskakującymi asocjacjami obrazów, znaczeń, tonacji, a przy tym bezbłędnie trafiające w najczulsze punktu naszych doświadczeń, lęków, przeczuć. Pilnują odmienności własnego świata, a zarazem są otwarte na to, co dotyka i obchodzi nas wszystkich. Nie można ich otworzyć byle wytrychem, ale gdy znajdzie się do nich własny klucz, odsłaniają przed czytelnikiem imaginacyjne, myślowe, znaczeniowe, językowe bogactwo. 
  To wiersze żywiołowe, energetyczne, innowacyjne, a zarazem demaskatorskie i wiwisekcyjne, gdy idzie o przyglądanie się naszym egzystencjalnym, narodowym, kulturowym realiom. Nie ulega wątpliwości, przynajmniej dla mnie, że twórczość autora Demoludów  trzeba lokować w czubie naszego poetyckiego peletonu.



[1] Piotr Gajda, Demoludy, Instytut Mikołowski, Mikołów 2013, ss. 40. 


Tomasz Cieślak, Gęste jak maź, [w:] Kalejdoskop Nr 10 - 2013 (październik)

   Piotr Gajda, tomaszowski poeta od lat związany z łódzkim środowiskiem literackim, tak pisze w jednym z wierszy swojego najnowszego tomu Demoludy:

[…]



Berliner Mauer dziś znaczy tylko tyle, że musisz

gonić królika. Że powinieneś wierzyć w każdy

piksel telewizji śniadaniowej, ponieważ

w brzuchach architektów rozszerza się próżnia.

Przyszłość śnieży. Reklama możliwości języka



polskiego natychmiast przekłada to na slogan:

nawet w kompletnej śnieżycy zaświeci biały zadek

króliczka Duracell. A może tu biega



o mgłę smoleńską Polski, białą flagę Polski,

ukrzyżowaną Polskę, podzieloną Polskę,

sprzedaną Polskę, antysemicką Polskę,

polską królicę? Runęły mury i już wówczas



uwięził cię biało-czerwony kontur, na który

zstąpiły duchy myśliwych. Farbą znaczyły

oblicze ziemi. Tej ziemi.



                                [ Mauerhase, s. 23]



   Mocny, prowokacyjny, zapewne dla niektórych trudny do zaakceptowania utwór. Omówienie zbioru Demoludy zaczynam właśnie od zacytowania fragmentu pojedynczego tekstu, zaczynam zatem jakoś nietypowo wobec wcześniejszych moich recenzji, ale w tym liryku odnajduję wszystkie niemal najważniejsze składowe, z jakich Piotr Gajda ułożył swój tom. Demoludy bowiem to przejmujący portret człowieka w średnim wieku, który zawieszony jest miedzy przeszłością (ta oznacza dla niego dzieciństwo w PRL-owskich realiach, nostalgię za minionym – bo to minione wypełnia wspomnienia – i niechęcią, czasem wręcz odrazą do tamtego czasu) a teraźniejszością (byle jaką, prymityzowaną, płaską i jednowymiarową). To wszystko zaś dzieje się w perspektywie wieczności (nicości?), która przypomina o sobie powoli, najprościej i delikatnie: koniecznością zrobienia jakichś badań, „bo coś tam”, bólem, starzeniem się, nienadążaniem za światem. Gajda chce pochwycić i poetycko opisać ten stan „pomiędzy”: młodością, która już tylko wydaje się, że trwa – a starością, która niby odległa, ale jakoś już majaczy na horyzoncie; pomiędzy dawnymi oczekiwaniami tak zwanego normalnego życia w normalnym kraju – a życiem powszednim, tu i teraz, wreszcie – pomiędzy zanurzeniem w kulturze i tradycji a bezpowrotnym (?) unurzaniem się w medialnym bagnie (pozornie niewinnym bagienku). Kim jest zatem bohater wierszy Gajdy? Kimś świadomym najnowszej historii, bo jej doświadczył – ale myślącym o niej już nie do końca serio, odsuwającym ją, trochę ją unieważniającym (bo stanowi balast), poszukującym do niej bezpiecznego klucza a to w jakimś artystycznym koncepcie (stąd odwołanie do Królika po berlińsku Bartosza Konopki), to znów w codziennym, upraszczającym i zawłaszczającym bełkocie telewizji i reklamy, w uśrednionym sposobie życia „jak wszyscy”, który ma w sobie coś – czy chcemy tego, czy nie – z wyścigu szczurów. No i polityka, opary polityki: jej slogany, zaklęcia, przemilczenia i skłamania, doraźne manipulacje budowane niby w oparciu o prawdziwą patriotyczną troskę, o tradycję (a jakże, romantyczną!), podpieranie się autorytetami (stąd gorzkie odwołanie do historycznych słów polskiego papieża). Gorzki, naprawdę gorzki to obraz – świata, w którym mury runęły – a inne wyrosły (o tym przecież śpiewał Kaczmarski).



    Wiersz Mauerhase widzę zatem jako klucz do zbioru Gajdy, bo i w innych utworach, jak w tym, nakładają się na siebie – nie zawsze wzajemnie się czytelnie motywując – obrazy, reminiscencje, skojarzenia. Jadro ciemności i filmy o wojnie wietnamskiej, antyk i śmietnik mediów, biblia i wszechobecne we współczesnej kulturze prymitywne bajki dla dorosłych, opowiadane przez „uperfumowanych mędrców”.  Gajda portretuje w ten sposób nasz świat, ale także najwyraźniej szuka wśród rozmaitych i nieprzystających do siebie impulsów, po omacku, klucza do tego, co nas otacza i osacza, żeby otworzyć, przewietrzyć, nazwać, wreszcie – zrozumieć. Tym lirykom przyświeca bowiem stale pytanie, zapisane wprost w wierszu Ciśnienie: „Jak wyglądałoby życie, gdyby zmyć z niego brud?”. Poeta ufa, ze coś jeszcze pod tym brudem zostało istotnego, coś ważkiego, trwałego. Życie? Czy rzeczywiście? O tym właśnie są Demoludy, na tej wątpliwości zostały zbudowane.



     Gajda potrafi też naprawdę uwodzić – zaskakującym asonansem, niezwykle oryginalnym, sensualnym obrazowaniem (w wierszu Wiosna demoludów czytamy na przykład: „nade mną bladł księżyc z twarzą jak przepołowiony/ seler.”, a nieco dalej: „stal miała/ smak agrestu […]”. To jednak trudna poezja, gęsta jak maź, wymagająca od czytelnika niezwykle skupionej uwagi – i zachowania nieufności wobec własnych rozpoznań i lekturowych hipotez, bo ciągle pozostaje niepochwytna. (I niczego tu nie wytłumaczy nota Macieja Mieleckiego, redaktora tomu, zamieszczona na okładce).



Piotr Gajda, Demoludy, Mikołów 2013.

                                                              __

Rafał Derda, Pożar zakładów chemicznych to reklama ognia?, czyli na temat Demoludów Piotra Gajdy, [w:] Kwartalnik Literacko-Artystyczny „sZAFa”, Nr 49 grudzień 2013

Piotr Gajda jest autorem, który ma na swoim koncie już dwie książki poetyckie, a mianowicie wydany w roku 2008 Hostel, oraz opublikowany dwa lata później zbiór pod tytułem Zwłoka. Demoludy, trzecia pozycja w dorobku tego stosunkowo mało znanego autora wystawia mu jak najbardziej pozytywne świadectwo. Wiersze zawarte w tym tomiku prezentują bowiem twórcę dojrzałego, mającego znakomicie opanowany warsztat poetycki oraz zdolność do kreowania zajmujących światów poetyckich.
Na Demoludy, które ukazały się w tym roku nakładem Instytutu Mikołowskiego, składa się trzydzieści, dosyć obszernych utworów. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy podczas lektury tomiku, to rozlewająca się, często polegająca na przerzutni fraza. Zabieg ten służy za swoistą siłą napędową dla danego tekstu. Składające się na wersy rozbudowane metafory przechodzą z jednego obrazu w następny, budując przestrzeń poetycką stającą się rdzeniem wiersza. Podobnie jak w twórczości Macieja Meleckiego oraz Krzysztofa Siwczyka, wiersz staje się raczej językową wariacją na temat rzeczywistości, niż próbą opisania rzeczywistości jako takiej. Rzeczywistość ta bywa u Gajdy o wiele bardziej konkretna niż u wyżej wspomnianych poetów, zdarza się bowiem, że tematem wiersza jest tak niepoetycka kwestia jak komentarz do aktualnych wydarzeń politycznych (Mauerhase, str. 23, czy też Przebarwienie, str. 16), zawsze jednak jest to jedynie pretekstem do dalekiej podróży w głąb słowa, w głąb jego pułapek i nadziei wobec których, świadomie lub nie, zawsze postawiony jest użytkownik języka.
W utworach składających się na omawiany tomik można zauważyć prawie całkowity zanik podmiotu lirycznego, przez co sam ich odbiór jest z jednej strony utrudniony, natomiast zyskuje za to na pewnej perwersyjnej „czystości”. Czytelnik postawiony jest wobec samego obrazu, metafory, czy też myśli, identyfikując się przez to bardziej z samym potokiem słowa niż z jego mówcą. Kolejnym używanym przez Piotra Gajdę zabiegiem stylistycznym jest używanie zdań pytających. Wprowadzają one w teksty klimat umowności, wiersz przestaje być deklaratywny, a pytania są czynnikiem sprawiającym, że lektura staje się bardziej niedookreśloną wymianą energii ukrytej w wersach niż zwykłą próbą ogarnięcia rzeczywistości przez słowo. Strategie te znakomicie da się zauważyć w poniższym tekście:

                        Wykwity


                        Pożar zakładów chemicznych to reklama 

                        ognia? Odpuść sobie kolorowe fajerwerki, 
                        których epicentrum jest opryszczką na wardze. 
                        Co cię bardziej uwiera? Dom handlowy 

                        czy poczucie straty? Towary zdjęte z półek, 

                        żeby je zapładniać i rozmnażać? Wózek widłowy, 

                        paleta, skrzynia? Królestwo za chipsy? 

                        Zawróć do annałów dzieciństwa i starego 
                        budownictwa, porzuć wijącą się w niezliczonych 
                        splotach architekturę przyszłych wspaniałości. 

                        Król jest nagi i swędzi go ciało. Drapie się

                        w intymnych miejscach, podrażnioną skórę

                        rozdrapuje paznokciami, mocno, bez ulgi,

                        z odgłosem podobnym do trwożnego szelestu 
                        banknotów w skarbcu. Każdy nakład cię wyczerpie, 
                        rozmieni na drobne i wrzuci do aparatu. 

                        Czy właśnie tam chciałeś się dodzwonić? 

                        Usłyszeć przerażony wrzask operatora, 
                        który zapomniał się, że jest automatyczny?

                        (Wykwity, str. 29)


Zaczynamy tutaj od ognia, a kończymy na rozmowie telefonicznej. W międzyczasie zahaczamy o luźno potraktowane nawiązanie do bajki Andersena i metaforę rozmieniających się na drobne banknotów. Słowo, w mniej lub bardziej wyraźny sposób prowadzi od jednego obrazu do następnego, bardziej zapraszając do dopisania do tekstu własnej glosy, niż wskazując na jakąś jego interpretację. Dzięki przyjętej przez autora strategii tworzą się wiersze intrygujące, zaskakujące czytelnika, tworzące stan umysłu w którym słowo staje się żywiołem niebezpiecznym. To właśnie prowadzanie osoby czytającej Demoludy w stronę odkrywania niewygodnej prawdy dotyczącej niemożności całkowitego oparcia się w języku wydaje mi się najmocniejszą stroną omawianego tomiku.
Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie czy zamierza zapoznać się z najnowszym tomikiem Piotra Gajdy. Ja mogę jedynie do niego namawiać przytaczając, jako pewnego rodzaju zachętę, kolejny fragment Demoludów:

                       Wiosna demoludów

                        Hodowałem ból, obierałem cebulę z łupin.
                        Nade mną bladł księżyc z twarzą jak przepołowiony
                        seler. Kaleczyłem się z ostrza ogrodowych narzędzi.
                        Zamierzałem jeść warzywa; moich współbraci

                        rozgotowanych we wspólnej udręce, wypełnionych
                        gorącą parą jak własną eteryczną duszą. Stawałem się?
                        Szlochałem po cichu? Wchodziłem w krąg piekła,
                        Zanurzając się w gorącym wywarze jak w obłąkanym

                        języku. Wsuwałem na palce złote kółko tłuszczu,
                        żeby mięso śmiało odchodziło od kości, słowa
                        od zmysłów. Na opustoszałym placu zabaw skrzypiały
                        huśtawki. Nie można było zgubić pór roku, nie robiąc 

                        przy tym hałasu. Przeciąg na strychu poruszał mokrymi
                        prześcieradłami, trzaskały drzwi, za którymi mieszkała
                        pamięć. A jednak klucz nosił ślady zużycia. Wiele razy
                        przekręcał się w zamku bez zacięcia, choć stal miała
                        smak agrestu i rzeka spłynęła rdzą. Niebawem szczęk
                        średniowiecza. Szykujące się do nadejścia, nienaoliwione
                        dni. Godzina za godziną, wszystkie miną, wszystkie

                        będą głośne jak chrobot wytrycha z nieszlachetnego
                        kruszcu. A wcześniej wrzask wiosny, dziecko
                        przychodzące na świat po śmierci rodziców.

                        (Wiosna demoludów, str. 17)


 __

Anna Spólna, Taka jest misja - ocaleć!, [w:] Kwartalnik Artystyczno-Literacki „Arterie” Nr 16 (2)/2013

Trzeci tom poetycki Piotra Gajdy jest wymagającym, mocno zaszyfrowanym – miejscami męczącym, miejscami fascynującym – zbiorem wierszy rozliczeniowych. Pisany z bardzo prywatnej, intymnej perspektywy naprowadza na tropy, z którymi może utożsamić się niejeden pogrobowiec tytułowych demoludów. Punktem wyjścia jest „gwałtowna nostalgia za innym krajem, gdzie życie wymagałoby innych kompasów, zaczynało by się od innych imion” – motto z Gry w klasy Julio Cortazara wskazuje w równym stopniu na potrzebę zmiany, jak na świadomość przynależności, której nie wymaże żadna decyzja lirycznego „ja”.

1.
Bohater wybiera orbitowanie wokół planetoidy, którą z rzadka (jak w świetnym, pełnym goryczy i wściekłości wierszu Mauerhase) nazywa Polską: nie sytuuje się po żadnej ze stron, zna wyłącznie „odpływ patriotycznych uczuć”, choć płaci za to brakiem „gruntu pod nogami” (Makro). Organiczna nieufność funduje mu rozedrgany odlot w przestrzeń niepodległą patriotycznym, ekonomicznym, społecznym hasłom.
Z „rozwianej na cztery wiatry mandali // Europy” pozostały tylko „kryształki kłamstwa” (Wentyl). Jej mieszkaniec nie czuje się zadomowiony w żadnym porządku, nie może też zaakceptować form, które przybrała wytęskniona wolność. Państwo bez imienia, ukryta za czytelnymi emblematami „ojczyzna jak odleżyna” portretowana jest z zajadłością, właściwą zawiedzionej miłości – bo na tej fladze „biel i czerw”, robak rozkładający resztki sensu. W szeregu utworów (Charyzmaty, Limbus, Argonauci, Gniazdo, Odbicia, Oświecenie, Gniazdo)  Gajda szarga świętości („gnój”, „gówno”, „torsje”, „ślina” to słowa wplecione w narrację o współczesnej polskości), choć czasem równocześnie nad nimi płacze.
Język religijny przechodzi podobną drogę: w Marszu o-burzonych jest budulcem zdesakralizowanej wizji świata opuszczonego przez Absolut – zbankrutowanego „królestwa / tu na ziemi”, które mamona i namiętne pragnienie władzy doprowadziły do spektakularnego upadku. „Cóż przy waszej katastrofie znaczyła moja/ katastrofa?” - czytamy w Gnieździe. Zmiana skali (z mikro na makro) pobudza wyobraźnię. Odrywa bohatera od potocznych uciążliwych doświadczeń i wprowadza w stan emocjonalnego rozwibrowania.

2.
Przymus bycia tu i teraz można zneutralizować próbą wyimaginowanej poetyckiej wolności. W Demoludach ucieczki ufundowane są na nieustannej zmianie perspektywy, która staje się dla Gajdy formą uświadomionego buntu. Implikuje poruszenie wyobraźni, bez którego czeka nas obumieranie pragnień, zastygnięcie w przyzwyczajeniu, tępy constans: (…) Liczy się ruch cząsteczek, wirowanie / drobinek, migotanie roztoczy w słonecznych // latyfundiach” (Kosmos 1999).
Skoro „przyszłość śnieży" (Mauerhase), a przeszłość wydaje się zaprzepaszczoną szansą, podjęta przez bohatera „misja – ocaleć” wobec „świata pogrążonego w erozji” wymaga precyzji, namysłu, pląsu. Każe „prowadzić śmierć w tańcu. Polonezie trucku” (Zgroza! Zgroza!),  na granicy szaleństwa, uosobionego przez Kurtza, wysłannika bezradnej kultury Zachodu. Nad baudelaire'owskim ciałem padliny opadłej przez robactwo (Demoludy), wobec fiaska duchowej odnowy „tej ziemi” (Mauerhase) rodzą się kunsztowne wiersze, w których ze spiętrzonych okresów zdaniowych wyłaniają się pulsujące krajobrazy ożywianej materii, uplastycznionych pojęć. Obrazy generują emocje, uczucia przechodzą w obrazy. Zwykle są to postindustrialne pejzaże, apokaliptyczna sceneria klęski i rozpadu, gdzie na śmietniku cywilizacji pleni się w najlepsze zawsze zwycięska natura, kolonizująca zdegradowane resztki po ludzkich planach (Diesel).
Technika zderza się w tomie z biologicznym aspektem życia, pozbawionego świętości, skażonego zepsuciem i rozkładem. Zerwanie paktu komunikacyjnego z transcendentnym wymiarem rzeczywistości wprowadza przerażony wrzask w miejsce rozmowy (Wykwity). Pisząc „na zgliszczach / imperium” (Czekając na barbarzyńców), Gajda-dekadent podąża własną ścieżką, równoległą do tych wytyczonych niegdyś przez Verlaine'a, Kawafisa i – całkiem niedawno – ich polskich naśladowców sprzed dwu dekad.
Względność naszych ocen, groźbę „istnienia z przyzwyczajenia” (Dystans) trzeba sobie nieustannie uzmysławiać. Poeta uruchamia więc fonetyczne dysonanse i asocjacje, zagęszczając znaczenia i skojarzenia, czasem na granicy logorei. Szelest onomatopei potrafi rozszczelnić poranioną rzeczywistość: (…) Świt i kosmos brzmią tak samo, syczą / w ciszy jak nieszczelny syfon. Wokół nas krążą / kawałki kruszcu, błyszczki, opiłki. Lastryko, lustro, / lot bez tchu. Epoka mosiądzu. Słowa na poste-restante” (Obicia, opatrunki).
Ten trop może być poprowadzony za daleko, aż do „defektu artykulacji”, jak w wierszu Pandemia, przesadnie wykoncypowanym (gdy kość staje się kostką Rubika, a ta piszczelem na dnie Rubikonu, moja cierpliwość w śledzeniu gier słownych wyczerpuje się ostatecznie).
Najbliżej ocalenia jesteśmy tam, gdzie nieograniczona perspektywa czasoprzestrzenna krzyżuje się w książce z uprywatnionym detalem. W Mikro będzie to „zero-jedynkowy cekin. // Atom. / Kosmos” wspomnienia przywołanego przez starą fotografię. Wiersz pozwala na sklejenie w całość „rozstrzelanego w pamięci” własnego dzieciństwa, znajomej dzielnicy, kłującego policzka ojca, tamtego lata które – to pewne – „gdzieś jest”. Na chwilę ucicha znienawidzony codzienny jazgot mediów, zmęczony podmiot, zmęczony czytelnik zatrzymują się w skupieniu.

Piotr Gajda, Demoludy, Instytut Mikołowski, Mikołów 2013
 __

W wierszu Limbus Piotr Gajda pyta: „I gaśnie państwo jak łopot // biało-czerwonej wbitej w gówno na oczach / milionów. Czyżby naród był kolonią mszyc /na liściu? A źródłem scenografii okazał się // całun? Żrąca kropelka aerozolu / była komunikatem: wszystko – dusza, // ciało, jak odleżyna - // opiera się na kancie?”. A nieco wcześniej w tymże wierszu, wyraźnie skierowanym do kogoś – jak się w dalszej strofie okazuje – ukrytego w „sznurze podróżnych”, ocenia tegoż duszę, że to „dwadzieścia jeden gramów niczego”. „Limbus” to – w zależności od kontekstu – rąbek, skraj, granica, w anatomii łącznik siatkówki z rogówką, natomiast w teologii dwie otchłanie. Do jednej z nich trafiają po śmierci nieochrzczone dzieci; teorię limbus puerorum sformułował św. Tomasz z Akwinu (obecnie kościół odżegnuje się od tej koncepcji). Trzeba tutaj narzekać na nieumiarkowanie w przekładzie słowa „limbus”, przecież dzieciom, wystarczyłby rąbek, skraj, lub po prostu zakamarek piekła. Jednak przed Chrystusem wszystkie dusze trafiały do limbus patrum, więc limbus jako skrawek piekielnego świata byłby niewystarczający. W limbus puerorum dziecięce duszyczki według św. Tomasza z Akwinu nie cierpią mąk piekielnych, za to korzystają z właściwych dla nich naturalnych przyjemności. Jedyną dolegliwością jest to, że nie „widzą Boga”… Co w języku ateistycznym znaczyłoby, że „nie mogą przejrzeć na oczy”. W kontekście wiersza Piotra Gajdy ciekawszym wydaje się raczej to, co działo się z limbus patrum, opustoszałym po interwencji Chrystusa, który zabrał stamtąd wszystkich (przystoi podejrzewać, że nie wszystkich, a tylko tych co tego chcieli …). Można domniemywać, że piekło dokonało Anschluß’u tej otchłani; a że najeźdźcy często przyjmują co najmniej elementy cywilizacji podbitych, pojawia się pytanie, czy po Chrystusie jest piekło? Miejscem, gdzie nie możemy, czy nie chcemy przejrzeć na oczy, oddając się, podobnie jak dzieci stosownym dla naszej kondycji intelektualnej i moralnej przyjemnościom? Adresat wiersza Piotra Gajdy, choć znajduje się w „sznurze podróżnych”, więc – nie bójmy się oczywistych skojarzeń – należy do pereł raczej, niż wieprzy, w wierszu mszyc i jak one oddaje się owym naturalnym przyjemnościom: żarciu i kopulacji, a przy tym „uparcie / nawleka powieki, aby nie zamknęły się na zawsze”. Gdzież indziej żądza wiecznej doczesności nie spełnia się lepiej niż w limbus  patrum lub puerorum?

Wiersz Limbus pochodzi z tomu Demoludy wydanego w 2013 roku przez Instytut Mikołowski. „Demoludy” to potoczna nazwa państw obozu socjalistycznego, czyli grupy państw sprzedanych przez Zachodnią Europę i Stany Zjednoczone, rosyjskiemu imperium ze wschodu. Demoludy w istocie były obozem, wielce nawet podobnym do niemieckich Konzentrationslager, a szczególnie do sowieckich łagrów. Ale demoludy Piotra Gajdy to także perły wśród mszyc. W wierszu Wiosna demoludów podmiot liryczny w ich imieniu – bo demoludy nie chcą lub nie mogą „widzieć” – dokonuje spowiedzi „dziecięcia wieku”, wieku totalitarnej opresji, ale także spowiedzi z czasu swojego życia od pierwszych widzeń po najbliższe wczoraj oraz dzisiaj. Lecz nie jest tak, że poeta zniża się do narodu skarlałego (a może tylko jego „perłowej” części …) w „kolonię mszyc na liściu”. Językiem Mickiewicza nie sposób opisać naszej rzeczywistości. Słynne „Nazywam się Milijon – bo za milijony / kocham i cierpię katusze” – jest przesłaniem o nieodzowności sprzeciwu wobec każdego urządzenia świata, bo żadne nie było nie jest i nie będzie doskonałe, a szczególnie wobec takiego, które zostało narzucone obcą siłą. Jest przesłaniem o roli i powinności poety, także sensie i bezsensie poezji. W wierszu Morfem (z tomu Golem, Instytut Mikołowski 2014) poeta dosadniej od nuworyszów krytyki banialuk o końcu historii stwierdza: „Siła nadal jest przed prawem”. A z tego wniosek, że poezja winna czuwać, gdy inni śpią. Mickiewicza trzeba „przekładać” na język mszyc, przekładać z przyszłości w dzisiaj. „Hodowałem ból” – tak prosto, zwyczajnie rozpoczyna Piotr Gajda Wiosnę demoludów. Zaś wiersz tytułowy Demoludów mógłby mieć też tytuł Jesień demoludów: mszyce żyją krótko, często też stają się – w larwalnej postaci – niewolnicami pszczół, tworzących przecież totalitarne organizacje. Poza tym: „życie w wysokich temperaturach / płynie błyskawicznie, bo wówczas dotykasz / powierzchniowej prawdy jedynie po to // żeby się sparzyć”. Lecz kto – szczególnie spośród pereł – chce pamiętać, że karnawał trwa krócej niż post?

Każde kolejne pokolenie jest echem poprzedniego. Wszystko się zmienia i równocześnie pozostaje takie samo. Czy my, tu i teraz jesteśmy tym echem najsłabszym, czy tylko daliśmy się na chwile zagłuszyć? Wierszem Demoludy Piotr Gajda odpowiada gwałtownie: „niech diabli wezmą / ofiary poprawności głoszonej przez archaniołów / apokalipsy. Bo zbyt głośno szlocha się nad // wykipianym mlekiem z sutek ojczyzny-matki, / gdy za ścianą anorektyczka sąsiadka mówi tak cicho, / że nie słychać, iż wzywa pomocy”. Echo najsławniejszego wiersza Władysława Broniewskiego dźwięczy tu mocno: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd …”. Jeszcze mocniej dochodzi dudnienie zew schodu. Ale Lucyfer stamtąd, zarządca otchłani, nie niesie światła …

W pierwszych dwóch tomach wierszy Piotra Gajdy, w Hostelu (łódź, 2008) i Zwłoce (Łódź, 2010) podmiot liryczny kontemplował swoje jątrzące się otarcia i ranki, na które narażała go rzeczywistość, gdy przeciskał się do „widzenia” jej istoty. Przeciskał się, też do istoty języka, nicując schematy frazeologiczne i tradycyjne porządki metaforyczne. I niewątpliwie znamienny jest pierwszy wers w jego debiutanckim tomie: „Pisałem ze zrozumieniem, że potem niczego się nie wyprę”. Jakże to odbiega od kłamstw i zaparć pereł! W Demoludach Piotr Gajda – dodajmy, że z pasją moralisty, kierującego swe przemyślenia do modelowego adresata, którym może być też on sam lub jego alter ego – rozpoznaje rzeczywistość jako limbus, limbus patrum infantylizujące się w limbus puerorum. Temperatura tych wierszy rośnie – Grochowiakowskie „Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia” zastępuje myślą nie sformułowaną wprost, że faktycznie, bunt nie przemija, ale się wzmaga. Jakby nawiązywał do wcześniejszej deklaracji autora Świętego Szymona Słupnika: „Powołał mnie Pan na bunt”. Nota bene w niektórych aspektach estetycznych wcale mu do Grochowiaka nie jest daleko. Głos poetycki Piotra Gajdy to – czy tego chcemy, czy nie – nasz głos, to dla nas hodował swój ból.

                            Laudacja Jerzego Suchanka wygłoszona przy okazji przyznania Nagrody Otoczka. Sala kameralna CEA-Filharmonii Gorzowskiej, Gorzów WLKP., 03.10.2014 r.
_

Grzegorz Kociuba, GORZKI SMAK ŚWIATA, [w:]  „Migotania” Nr 4 (45) 2014

Świat był sklejony
ale sie rozdarł.

Piotr Gajda

      Wiersz Abdykacja, otwierający najnowszy tom Piotra Gajdy zatytułowany Golem, to niewątpliwie jedna z bardziej poruszających i uczciwych autocharakterystyk, jakie ostatnio czytałem w najnowszej polskiej poezji. Ten wiersz nie tylko jednak przenikliwie diagnozuje naszą duchową i egzystencjalną sytuację, ale także zapowiada tonację oraz tematykę utworów składających się na Golema.
      Podmiot wyznaje wprost:

(…) Oto jestem –
produkt i odpad ze wszystkich garbarni planety,
struga przemierzająca wszerz i wzdłuż
wszechświat dyzenterii. Cząstka pozbawiona
stempla na powłokach ukrytych pod martwica dni.
Znieruchomiała pośród materii i gazu jak latawiec
z dzieciństwa w próżni wieku męskiego.

       Sytuowanie siebie po stronie odpadów wskazuje na jednostkową ale też kulturową klęskę dzisiejszego człowieka, którego przecież uczono, że jest „na podobieństwo Stwórcy”. Najwyraźniej z tej godności zostało niewiele albo zgoła nic, skoro jest się tylko anonimowym „produktem i odpadem”, skoro istnieje się w rzeczywistości permanentnie chorej, zdegradowanej, ogołoconej z duchowości i sensu.
     Bez mała w każdym wierszu z Golema znajdziemy obrazy, metafory, sformułowania, które trafiają w sedno naszej dzisiejszej kondycji, które zapisują naszą szamotaninę w poszukiwaniu sensu, racji, celu. Bohater wierszy Gajdy przeżywa świat jako permanentną prowizorkę, jako strukturę chwilową i płynną, w której niczego nie można ustalić i utrwalić. Porównuje rzeczywistość do „powypadkowej miazgi”, w której nie sposób odnaleźć życia i rozeznać kształtów. Jakie są przyczyny tak pożałowania godnego stanu rzeczy? Jest ich zapewne niemało, ale dwie od razu rzucają się w oczy: erozja tradycji i wiary. W wierszu Ziemia jałowa podmiot powiada o swoich przodkach:

(…) Od żadnego z nich
nigdy nie dostąpiłem daru, łyku
ożywczego soku, wszyscy byli jak
wielki, usychający baobab. Zajęci niby
mrówki, subtelni jak korniki drążące
korytarz w umierającym żywicielu,
ruchliwi niczym muchy na usychającym
łajnie.

        A w wierszu Vaterland pyta:

(…) Z kim mamy unię? Ten żałosny
pakt w imię przyszłości naszych miotów. Przymierze
krain jałowych niby rzeźnie. I niechęć ludu do noża

     Redukcja przodków do insektów i owadów to nie tylko wyraz osobistego rozczarowania, najczęściej mitologizowana i infantylizowana, spuścizna, ale przede wszystkim kwestionowanie języka tradycji, ciągłości jako skutecznego międzypokoleniowego przekazu. Ten przekaz nie spełnia swej roli, gdyż w miejsce realnej prawdy nieustannie podstawia iluzje, złudzenia, chwilowe i doraźne interpretacje, klecone pospiesznie na takie czy inne polityczne albo społeczne zapotrzebowanie. Ten przekaz odbywa się w sferze niskiej, przyziemnej, horyzontalnej, już go nie stać na wertykalną, metafizyczną perspektywę.
       Gajda nie ma także złudzeń co do kondycji dzisiejszej Europy wytrawionej z ideałów i dalekosiężnych wizji, pogrążającej się w instytucjonalnej i proceduralnej stagnacji. Znowu, niestety, aktualna okazuje się metafora „ziemi jałowej”, z tą wszakże różnicą, że dzisiaj jest to jałowość konsumpcji, wygody, hedonizmu, a zarazem strachu przed ryzykiem wielkich wyzwań i decyzji.
        Z religią i wiarą sprawa również nie wygląda dobrze:

(…) Zaprawdę wielu tym, co niegdyś
uwierzyli w loterie zbawienia, zostały okruchy
rozsypane pod naciągnietą sprężyną.

(Zdradzic sól)

     Wiara, która zwycięża, nieuchronnie staje się instytucją, a ta, formalizując wiarę, wytrawia ją/może wytrawiać z najważniejszego; autentyzmu indywidualnego doświadczenia. Nie ma już niezawodnego kompasu pokazującego kierunek. Nic wiec dziwnego, że „Dni są zdezorientowane jak notatki z domu/ obłąkanych”, że „nadchodzą czasy błędnych obliczeń/ sporządzanych w oparciu o ekonomiczne filary lub/ zwichnięte palce opatrzności”.
      W wierszach Gajdy rzeczywistość zdaje się już sama w siebie nie wierzyć, raz po raz łapie się na tym, że siebie udaje, próbując sprostać czemuś, czego nie potrafi określić, rozpoznać, zdefiniować. Sacrum, w tego rodzaju rzeczywistości, pojawia si jako bóstwo zdegradowane, jako „Golem, Morlok”.
     Nie jest sprawą przypadku, że w Golemie po Abdykacji pojawia się Morfem; jeden z najważniejszych wierszy tego tomu. Wiersz, dodajmy, badający relację pomiędzy językiem, władzą, siłą. Zestawmy ze sobą trzy frazy z tego wiersza: „Nasz alfabet leży w gruzach”, „język, gestykulując,/wydaje rozkazy”, „Siła nadal jest przed prawem”.
      Nieszczęście zaczyna się zawsze na poziomie elementarnym! Dla autora Demoludów tym nieszczęściem jest degradacja języka jako gwaranta znaczeń i wartości. Jeżeli z językiem można zrobić wszystko, to i ze światem, z wartościami… „wszystko wolno”. Na rezultaty nie trzeba długo czekać! Ich imię – „marsz ku nicości”. Ważność, żeby nie powiedzieć wielkość, wiersza Morfem polega również na tym, że uzmysławia nam, co dzieje się z nami i naszym światem, gdy nie pilnujemy RÓŻNICY; gdy nie rozróżniamy już pomiędzy: istotnym a doraźnym, uczciwym a kłamliwym, szlachetnym a cynicznym, banalnym a odkrywczym,… Tam gdzie „alfabet leży w gruzach” ustanawia swą dyktaturę cyniczna siła, która definiuje siebie jako „jedynie słuszne prawo”. I nie oszukujmy się, że to „prawo” obowiązuje wyłącznie w systemach autorytarnych!
     Golem to czwarta książka poetycka w dorobku Piotra Gajdy. Z perspektywy czterech tomów widać ewolucje tej poezji. Autor Hostelu zaczynał od wierszy, które zdawały się sprawdzać, badać własne możliwości imaginacyjne i artykulacyjne. Te wiersze, operujące zaskakującymi asocjacjami, szybkimi przekserowaniami znaczeń, nieprzewidywalna metafora i nieobliczalną frazą, zbliżały się do języka hermetycznego, który – tak przynajmniej odczytuje zamysł poety – stanowił przeciwieństwo banalnego, trywialnego, zużytego znaczeniowo języka codziennej komunikacji, ale też społecznego dyskursu. Poeta próbował w ten sposób ocalać podmiotowość widzenia i wypowiadania swej rzeczywistości.
     Poczynając od Demoludów wkracza do poezji Piotra Gajdy świat w jego konkretnych przejawach. Wiersze stają się coraz bardziej z a a n g a ż o w a n e w nasze tu i teraz, nic więc dziwnego, że mają wiele z protestu, diagnozy, demaskacji, oburzenia. Nie tracąc nic ze swej poetyckiej świeżości, gdyż Gajda umiejętnie łączy ze sobą różne tonacje, estetyki, dykcje, zyskują na poznawczej wiarygodności i etycznej wyrazistości, bowiem sytuują siebie bliżej konkretnego życia, stając się nierzadko gwałtowną reakcją na dotkliwe przypadłości nas samych i świata jaki codziennie pitrasimy. Nie ukrywam, że bardzo mi to jako czytelnikowi odpowiada, gdyż wiersz – przynajmniej dla mnie – powinien być nie tylko… CZYMŚ, w sensie jego literackiej jakości, ale także winien być… O CZYMŚ, w sensie rangi przeżyć, doświadczeń, rozpoznań jakie podejmuje i nazywa. Nie muszę dodawać, że wiersze autora Golema spełniają powyższe wymogi świetnie i przekonująco.

Piotr Gajda, Golem. Instytut Mikołowski, Mikołów 2014.
 _

Rafał Derda, „… koniec znanego im świata zapisali pismem kipu, czyli na temat Golema Piotra Gajdy”, [w:] Internetowa Gazeta Kulturalna Salonu Literackiego Nr 1/2015 (http://salonliteracki.pl/new/literatura/131-na-temat-golema-piotra-gajdy).


            Najnowszy tomik Piotra Gajdy posiada niezwykle frapujący tytuł. Każdy zna oczywiście legendę o Golemie, kreaturze stworzonej w szesnastym wieku przez praskiego rabina. Opowieść ta jest znakomitą przypowieścią na temat potęgi i jednocześnie grozy jakie może nieść ze sobą pismo. Wydaje się, że nadając taki a nie inny tytuł swojemu tomikowi, Gajda, celowo lub też mimowolnie,  określił swoje postrzeganie języka. W poezji omawianego autora język jest Golemem, wytworem naszego umysłu, który jednak nie chce poddawać się naszej woli, próbując żyć na swój własny sposób, co może zarazem fascynować i przerażać. Język u Gajdy jest niczym mityczne stworzenie, nieprzewidywalne i obce, a zmaganie się z nim prowadzi zawsze w najbardziej niespodziewane miejsca.
            Golem to zbiór trzydziestu pięciu, dosyć rozbudowanych utworów, z których każdy jest wspomnianym powyżej zmaganiem się z nieznanym i nieodgadnionym. By pokazać nam swoją prawdę o języku, Gajda używa strategii poetyckich które znane są już z jego wcześniejszych tomików. Retoryczne pytania, wycieczki w stronę lingwizmu, rozlewająca się fraza gromadząca w sobie natłok metafor, to wszystko jest to znalezienia w omawianej książce. Jest to strategia dosyć dobrze już opracowana przez innych twórców, by wymienić tutaj chociażby Macieja Meleckiego czy też Krzysztofa Siwczyka, jednakże autor Demoludów przekształca ten styl po swojemu, znać tutaj próbę zbudowania osobnego idiolektu. By lepiej zrozumieć użyte w Golemie techniki, warto zapoznać się z fragmentem tego tomiku:

Sklepienie

Ta historia zaczyna się jak koniec, albo jak zima
w Wielkanoc, gdy już nie możemy istnieć
w dotychczasowej postaci ani w tym czasie
i miejscu, pod niebem naruszonym przez
kosmiczne próbniki, które zastały w oddali

martwą ciszę. (…)

                        (…) Kto więc wniesie
ciężar stygnącej lawy? Kogo zamkną w bursztynie
obdarowując historią? Ten przetrwa, a tamten

zginie, opowiadając do końca o domach
ze szkła, ścianach strzelistych niby granie zboczy,
od których odpadali alpiniści,
niosący w plecakach rodzinne fotografie
w wysokiej rozdzielczości, supły

na poskręcanych linach, ponieważ koniec
znanego im świata zapisali pismem kipu.

(Sklepienie, str. 37)

            W powyższym fragmencie można zauważyć wszystkie wymienione wcześniej cechy charakterystyczne dla pisania Piotra Gajdy. Godnym uwagi jest zwłaszcza ostatnie zdanie przytoczonego fragmentu. Zaczyna się ono od obrazu szklanych domów, by skończyć na przytoczeniu południowoamerykańskiego sposobu zapisu, a po drodze zahaczamy jeszcze o alpinizm oraz rodzinne fotografie. Ciąg metafor, przeistaczających się jedna w drugą, wiedzie nas na obrzeża wyobraźni, w miejsce gdzie język zostaje całkowicie wyzwolony. Nie jest to łatwa lekcja czytania, jednakże, jeżeli damy ponieść się płynnej, wizyjnej frazie na której Gajda opiera koncept swoich utworów, lektura ta może być naprawdę satysfakcjonująca
            Bardzo ciężko jest wyłowić podmiot liryczny tekstów Gajdy. Wynika to z jednego prostego powodu – bohaterem wierszy zawartych w Golemie jest język. Narrator jest w tekstach Golema wycofany, prawie że niewidoczny; jest on osobą która, zupełnie jak Jehuda Löw ben Becalel, przygląda się szaleństwu stworzonej przez siebie istoty. Czasem odnosiłem wrażenie, że żywioł rozbestwił się na łamach omawianego tomiku tak bardzo, że jedyne co pozostało autorowi to gwałtownie skończyć wiersz, powtarzając tym samym gest rabina Löwa, odbierającemu życie poprzez wymazanie litery z czoła homunkulusa.
            Większość utworów najnowszego tomiku Gajdy reprezentuje dosyć wyrównany poziom, jednak został w Golemie zamieszczony utwór, który przyciągnął moją uwagę na dłużej. Jest to jeden z najkrótszych tekstów omawianego autora jaki dane mi było przeczytać. Wiersz ten składa się tylko z jednego zdania i jest jakby szalką Petriego na której można w pełni dostrzec całą maestrię z jaką Gajda buduje swoją przestrzeń poetycką. Nie ma chyba lepszej i zwięźlejszej prezentacji czego możemy się spodziewać od  wydanej przez Instytut Mikołowski książki, dlatego też chciałbym zakończyć tą recenzję na przytoczeniu wspomnianego tekstu. Mam nadzieję że zaciekawi on na tyle by sięgnąć po cały tomik. Wiem że tak by było w moim przypadku.

Duch

Żył w skafandrze, w który podstępnie
przyoblekli go kłamcy, chcąc izolować ducha
od otwartych przestrzeni, żeby już nigdy
nie poszybował wysoko jak dron, lecz jak on
spadł z hukiem na dno wąwozu, bo kłamiąc,
pragnęli, by był jak Brytyjczycy w roku tysiąc
osiemset czterdziestym drugim, z których
szesnastu i pół tysiąca opuszczających
w pośpiechu Kabul, jeden dotarł do Indii.

(Duch, str. 14)

Autor: Piotr Gajda. Golem
Wydawnictwo: Instytut Mikołówski 2014
Książka z serii: Biblioteka Arkadii – Pisma katastroficznego tom 106
 _


Tomasz Cieślak, „Sztuczny jest ten świat”, [w:] „Kalejdoskop” Nr 6 – czerwiec 2015.

        Literatura ostatnich lat przyzwyczaiła nas, że jeśli podejmuje tematy społeczne czy – tym bardziej – wprost polityczne, to będzie się posługiwała takimi wyrazistymi zabiegami, tak będzie miała ukształtowany styl i rezerwuar odniesień, żeby czytelnik od razu, bez pudła mógł wskazać, czy autor jest „za”, czy „przeciw”, z tej czy z tamtej strony. Jeśli liberał – to tekst jego będzie jakoś językowo modny i nieoczywisty. Jeśli „prawica” (piszę celowo w cudzysłowie ten rzeczownik określający najczęściej twór specyficznie polski: formację konserwatywno-socjaldemokratyczną) – to wzniosłość, patos i liczne historyczne aluzje. Dla lewicy właściwej zaś charakterystyczne są tzw. mocne, jednoznaczne obrazki (tu zresztą lewica z „prawicą” w pewnym stopniu się mieszają, a o wierszach prawicy bez cudzysłowu nic nie wiem). 
       Skoro tak się dzieje, do tego przywykliśmy, trudno w zasadzie oczekiwać od literatury, a zwłaszcza od poezji, która jest przecież w naszej kulturze „bronią szybkiego reagowania” (ciągle zdecydowanie szybszego niż proza), by odważała się podejmować najistotniejsze kwestie życia wspólnotowego w sposób wyważony, czyli z natury niejednoznaczny, nacechowany wątpliwościami, albo uderzający boleśnie i tu, i tam – bo kto to będzie czytał? Ani „my”, ani „oni”. 
         A jednak z wielką przyjemnością rekomenduję Państwu taką właśnie książkę, czwarty już tom tomaszowskiego poety, Piotra Gajdy, „Golem”. Ten doświadczony twórca, niemal pięćdziesięciolatek, podjął się próby lirycznego opisania skomplikowanej kondycji człowieka współczesnego. Brzmi nieciekawie? Bo wiemy przecież, co da się w tym tomie znaleźć, bo znamy to wszyscy? Otóż nie do końca. Owszem, diagnoza postawiona przez Gajdę nie zaskakuje, bo i nie może zaskakiwać. Poeta literacko portretuje zagubienie w świecie – pozornie tylko nieograniczonych – możliwości, a w istocie bezwolność i sterowalność jednostek, uwiąd indywidualności oraz brak potrzeby własnego, nieprzefiltrowanego przez media i inne instytucje życia zbiorowego oglądu spraw. A co za tym idzie – powierzchowność, pozorność i złudę wszelkiego działania lub postępującą bierność, wynikającą z poczucia bezcelowości istnienia, w wymiarze doczesnym i być może – tu nieco ostrożniej – również metafizycznym (Gajda sugeruje bowiem, że z naszej obecnej perspektywy nie sięgamy po prostu wymiaru wiecznego, bo go nie rozumiemy i nie potrzebujemy, rozmienieni na drobne, tu i teraz). 
           Ależ to pesymistyczne! nie ma ratunku?! – chce się wykrzyknąć. Gajda przekonuje – i jest w tym przekonywaniu wyjątkowo konsekwentny, mocny, naznaczony etyczną pasją – że wszyscy jesteśmy unurzani, wszyscy toniemy. Nie można powiedzieć: „mnie to nie dotyczy”, „ja jestem inny”. I chciałoby się zapewne rzucić od razu: „lepszy” – znamy to z polskich politycznych porachunków. Dodajmy zresztą: niekiedy, choć marginalnie, pobrzmiewają w zbiorze Gajdy echa jak najbardziej współczesnych naszych problemów, lęków i rozterek (choćby w liryku „Wyliczanka”, nawiązującym zapewne do „17 IX” Herberta; utwór Gajdy otwierają słowa: „Mój kraj nie obroni się przed żadną armią. / On nie potrafi uchronić się nawet przed sobą.”). 
          Tom zaczyna się znacząco od wiersza „Abdykacje”, który przejmująco portretuje nasze moralne rezygnacje, pogodzenia, pomniejszenia, przypominając też, jako symptomatyczną dla naszych czasów, jako ich znak – niedawną abdykację papieża. Równie istotny jest przecież tytuł zbioru: „Golem”. To my wszyscy jesteśmy golemami, pustymi wewnątrz, zeschematyzowanymi w działaniu, bez wewnętrznego życia. Co zatem w tej diagnozie Gajdy zajmującego, niezwykłego? Zwróćmy uwagę najpierw na postawę bohatera tych wierszy. Bohater jest bowiem konsekwentnie wewnątrz wykreowanego świata. Mówiąc o jego marności i o jego upadku, mówi też o swoim upadku. Nie kreuje się na proroka, wieszcza, mędrca. Po drugie: niezwykły język i obrazowanie. Szczególnie trudno, wobec takiej tematyki, znaleźć język własny i nieoczywisty, niesztampowy, nieplakatowy czy niekaznodziejski. Autorowi się to udaje; sięga po ekspresywne, bardzo mocne środki, które nie ocierają się jednak prawie nigdy o doraźność i publicystykę (tych kilka miejsc możemy mu darować). W tym przede wszystkim widzę siłę tego tomu. 
          Katastrofa (bo chyba w tej sytuacji można mówić o katastrofie?) dokonuje się (i jednocześnie jest już po niej, po końcu świata) w dobrze znanych realiach codzienności, dotyczy mieszkańca bloku, kierowcy samochodu, odpoczywającego na plaży, jadącego rowerem, oglądającego telewizję (tu szczególnie mocne słowa o „proletariuszach wszystkich kanałów” telewizyjnych, bo to głównie nas łączy – kanały i emitowane w nich ogłupiające bajki). W kilku wierszach pojawia się też szczególnie wyrazista, tak wyrazista, że chyba nawet jakoś ryzykowana, metafora „skafandra”, który stanowi obraz pewnej zunifikowanej powłoki, jest pewną społecznie akceptowaną grą w pozór autentyczności – i barierą między jednostką a światem, jak skafander kosmonauty. Oto świat marny i marni na nim ludzie, syci i puści, sztuczni, pogodzeni, ba, zadowoleni z tego, że trwają w spokoju, bo on okazuje się najwyższą wartością, wartością samą w sobie:
           
[…]
ze złamanym kręgosłupem, po skoku na główkę

            w kod kreskowy. Z kim mamy unię? Ten żałosny
            pakt w imię przyszłości naszych miotów. Przymierze
            krain jałowych niczym rzeźnie. I niechęć ludu do noża.

             Konsumpcja jako ucieczka od przeszłości, od zmór historii, to nadzieja na dalsze trwanie – byle za dużo nie myśleć, byle nie marzyć, byle nie rozumieć. Wyjątkowo gorzka to konstatacja, bo skoro tak, to – jak długo jeszcze? Czy to się może udać?

Piotr Gajda „Golem”. Instytut Mikołowski, Biblioteka Arkadii – Pisma katastroficznego, tom 104, Mikołów 2014.

      —
Piotr Lorkowski, „10 zdań o…”[w:] „Topos” Nr 3 (142)/2015

Tomik zawierający poezję wysokich temperatur otwierajmy ostrożnie. Bo zieje gęstym gorącem. Niczym salamandry w legendach wiersze te rodzą się i żyją w ogniu. Żywioł rozgrzewa tu magmę albo plazmę; spada z góry niby napalm (Exodus?). Jeśli coś chwilowo nie płonie, wówczas przynajmniej tli się „jak dymek komiksu” (Przebarwienie). Wszystko przypomina proces alchemicznej syntezy, upartą próbę sprawienia, aby „kawałki kruszcu, błyszczki, opiłki. Lastryko,  lustro,/ lot bez tchu. Epoka mosiądzu. Słowa na poste-restante.// Miłosna turystyka, drażniące skórę tekstylia.” (Obicia, opatrunki)  utworzyły jakąś mniej więcej jednolitą substancję. Zbyt długie przebywanie w pobliżu pełnego żaru tygla może jednak grozić gorączką z majakami i fatamorganą. Kto na nią zapadnie, zobaczy rozpaloną krainę, gdzie rządzi chaos pomieszany ze zgrozą. Wiersze Piotra Gajdy można więc czytać jako opis niegościnnej antyutopii. Niezależnie, czy liryczne „ja” spojrzy na nią z daleka, czy też z bliska, zobaczy ją jako kopiec termitów albo kolonię mszyc (por. Limbus). Choć niekiedy daje się tu słyszeć tyleż ironiczne co gromkie pokrzykiwania antyojczyźniane (zob. Mauerhase), problemy współplemieńców rzadko zaprzątają uwagę jej podmiotu. Cierpi on swoje położenie introwertycznie, zwrócony ku wnętrzu, gdzie zlokalizował najniższy krąg własnego piekła (Wiosna demoludów), skażonego zatłoczeniem i brudem. Ten drugi pod rozmaitymi postaciami stanowi stały składnik wykreowanej przez poetę rzeczywistości. Zastanawia się on: „Jak wyglądałoby życie, gdyby zmyć z niego brud?/Jak folder z OBI, sklep żelazny, który zamknieto,/kiedy umarł jego właściciel”. Nie musi nawet odpowiadać na to pytanie. Wiadomo: Demoludy nie dla czyściochów. W zabrudzonych dekoracjach trwa spektakl ustawicznej katastrofy. Wiek pary i hipsterii nie może dobiec końca, mimo że co najmniej kilkakroć przegalopowali przez niego apokaliptyczni jeźdźcy (por. Czekając na barbarzyńców).

Trudno się oprzeć  sugestywności języka tych wierszy, poskładanych z obrazów wprawionych w ruch dynamiką ognistego żywiołu. Powiązanych w struktury anarchiczne (Odbicia). Metafory dość luźno korespondują ze sfera pozasłowną. Składnia swobodnych, zarazem rozległych,  skojarzeń wywołuje napięcia międzysłowne, zupełnie niesłychana iskra przeskakuje pomiędzy pojęciami lub skrzyżowanymi ze sobą frazeologizmami.    
Zakończywszy lekturę, zacząłem szukać miejsc mniej ekstremalnych termicznie.  

Piotr Gajda, Demoludy. Instytut Mikołowski 2013.
_

Karol Maliszewski, „Pięć łódzkich odsłon" [w:] Literacka Polska (http://www.literackapolska.pl/ogloszenia/piec-lodzkich-odslon/), 04.08.2016.

Jestem pod wrażeniem celności każdego słowa, jędrności każdej frazy, spełniającej się akuratności każdego wiersza. Też miałem – podobnie jak Edward Pasewicz – ogromną frajdę obcowania z żywą, pulsującą wyobraźnią. Książka, którą można czytać bez końca. Tak bogata, że o końcu nie może być mowy – za rzekomym końcem stoi nowy początek, wije się jeszcze jedna, i jeszcze jedna, ścieżka interpretacji. Uczta dla interpretatorów, zwyczajna radość dla szeregowych czytaczy. To, co zjadliwe w szczęśliwej harmonii z tym, co liryczne. Bo panuje nad tym piekielna inteligencja, niesłychana intuicja. W tej chwili, po pierwszym czytaniu, niesiony na fali emocji, dochodzę do wniosku, że dawno tak dobrej rzeczy nie czytałem. Mam nadzieję, że to wrażenie do jutra mi nie przejdzie.

Piotr Gajda, Śruba Archimedesa
_

Jakub Skurtys, Rachunki prokonsula. O „Śrubie Archimedesa” Piotra Gajdy, [w:] „Inter. – Literatura-Krytyka-Kultura”, nr 4 (10) 2016.

Hostel był jednym z najlepszych poetyckich debiu-tów roku 2008 i spotkał się z zasłużonym (choć zdecydowanie zbyt ubogim) uznaniem krytyków. Zwłoka (2010) rozwijała konsekwentnie jego metaforykę i przynosiła tom jeszcze klarowniejszy, balansujący między ciemną, surre-alistyczną wyobraźnią i technikami montażu, jukstapozycji czy katachrezy, spowijając wszystko w lodową otulinę, jakby mumifikowała w ten sposób uciekające zbyt szybko sensy. Ale też wyczerpywała pewien model obrazowania, a po niej musiał Piotr Gajda radykalnie zmienić sposób pisania. Demoludy (2012) przyniosły więcej gniewu, więcej niechęci do rzeczywistości społecznej i więcej krytyki pod jej adresem.

Pozostał Gajda poetą intelektualnym, ważącym słowa, zanurzonym w kulturowej i estetycznej tradycji, ale obranie kierunku na Mikołów zbliżyło go do językowych wariacji Krzysztofa Siwczyka i Macieja Meleckiego, do ich długiej, przeintelektualizowanej frazy, która odbiera oddech i zmusza do wielokrotnej lektury zdanie po zdaniu. O ile jednak mikołowscy autorzy piszą teoriami i bliska im jest tekstualna estetyka postmodernistycznego wyczerpania, o tyle Gajda pisze przede wszystkim z doświadczenia, a z języka korzysta jak z narzędzia, nie rozpływając się nad jego nieujarzmionym i chaotycznym przepływem. Wraz z kolejnymi tomami postępowała alienacja podmiotu tomaszowskiego twórcy w konkretnej przestrzeni, konkretnych warunkach społeczno-ekonomicznych i doskwierającej mu, realnie oddziałującej rzeczywistości potransformacyjnej Polski. Jej obraz coraz bardziej męczył i irytował, dało się wyczuć rozczarowanie polskością, ale też zlaicyzowaną i unarodowioną formą religijności czy podniesioną do rangi narodowego symbolu ksenofobią. Gdyby szukać analogii na innym polu, przypomina to drogę Przemysława Wojcieszka. Trup ze Zwłoki zmienił się więc w turpizm, a całość wypełnił jad rozczarowanego prokonsula, którego zewsząd otoczyli barbarzyńcy i bezczelnie (bo nieświadomie) wymachują mu przed nosem gnijącą łydką. Przeszedł tym samym Gajda od bardzo intymnych w obrazowaniu refleksji o czasie i śmierci na pozycje raczej intelektualno-elitarystyczne, coraz radykalniej ukazując moralną, estetyczną i umysłową degrengoladę otaczającego świata i coraz odważniej występując w imieniu apokaliptycznego dyskursu.

Golem (2013) wydał mi się kwintesencją takiego myślenia z analizy politycznej i zmęczenia rzeczywistością wyłoniła się metafizyczna wręcz diagnoza schyłku czasów, portret człowieka-golema ożywionego magicznym słowem (poetyckim zaklęciem) chochoła, którego pustka wewnętrzna koresponduje z pustką współczesnego świata. Bohater tkwi od początku wewnątrz tego systemu, tak samo jak inni tonie, nurza się w błocie i podlega rozkładowi woli. A jednak jest w tomach Gajdy coś, co karze się do tego bohatera nie przywiązywać, traktować go z dystansu, coś, co pozwala go ocenić negatywnie, jakaś pozostająca z tyłu głowy, wzniosła świadomość rozpoznania schyłku. Golem to zarazem kwintesencja trudności, jakie stwarza poezja tomaszowskiego autora: rozbudowane obrazowanie, rozlewające się frazy, wymóg maksymalnej koncentracji u czytelnika oraz szeroki kontekst filozoficzny i literacki, by koniec końców wy-brzmieć mogło kloaczne wołanie Hioba na stercie gówna.

Ze Śrubą Archimedesa jest podobnie: „czyż nie jesteśmy kwintesencją prochu?” pyta Gajda i odpowiada, pozornie myląc trop i wprowadzając nowe pole semantyczne, by zaraz wrócić na obrane, wanitatywne tory „Przeznaczenie / wypełnia nim łuskę, jedyny przedmiot, posiadający otwór // zaślepiony pociskiem, który jest w stanie dolecieć do celu // przez pustkę. Tymczasem my pełzamy od punktu A do punktu // B o kulach własnego kalectwa; złudnej nieśmiertelności / za linią wystrzału […]” (s. 16). Warto zwrócić uwagę na ten przemyślany sposób splatania obrazów, porzucania jednego z nich, by mógł nieoczekiwanie powrócić na prawach puenty w jakimś idiomie lub metaforze dwa wersy dalej. To opanował Gajda do perfekcji i konsekwentnie stosuje w całym tomie. Tytuł książki wprowadza nas w problematykę najwyżej wagi: pytamy wszak, po pierwsze, o punkt podparcia, który pozwoli ruszyć z posad bryłę świata (za Archimedesem i Kartezjuszem z motta), po drugie – o maszynę prostą, wynalazek starożytności (temuż Archimedesowi przypisany) służący do nawadniania kanałów irygacyjnych, a zatem do uprawy roli i kultywowania życia (colo, colere, kultura!). Tymczasem „dziś, ze względu na nieczułość / na zanieczyszczenia, coraz częściej wykorzystuje się ją / do podnoszenia ścieków w naturalnym środowisku człowieka” (s. 18). Szambo wybiło, a gówno przypomintomaszowski twórca to konkretne i to moralne, sięga nam już do gardeł i żadna przepompownia nie ma takiej mocy, by je zatrzymać. Marność nad marnościami, ot co.

Edward Pasewicz pisze na skrzydełku o frajdzie obcowania z żywą wyobraźnią i zabawnymi pytaniami. Chyba nie mam takiego poczucia humoru, bo zarówno pytania, jak i odpowiedzi Gajdy traktuję raczej serio. Nie widzę w nich ironii ani kpiny, za to sporo reakcyjnego wymachu, przed którym lepiej odsunąć głowę, jeśli chce się ją zachować na właściwym miejscu. I nie chodzi o to, że jest to tom zły, przeciwnie, w pełni panuje autor nad językiem, nad przerzutniami, rozwija rytm frazy bez gubiących czytelnika zerwań, nawet zestroje semantyczne i wszechogarniającą katachrezę prowadzi tak klarownie, że nie sposób posądzić go o nieczytelność czy celowe utrudnianie relacji komunikacyjnych. To bez wątpienia jedna z bardziej przemyślanych i sprawnie napisanych książek poetyckich tego roku, ale z pewnością dołączy też do grona książek niewystarczająco przeczytanych, bo na złość wszystkim nie wpasowuje się w teoretyczne i krytyczne trendy. Nie sprawiła mi Śruba Archimedesa takiej frajdy, jaką sprawiła Pasewiczowi. To raczej tom bolesny, pełen krytycznych diagnoz, co do których w większości możemy się zgodzić, ale też niespecjalnie zainteresowany wypracowaniem nowych rozwiązań i planów na przyszłość, nawet gdyby miała to być wyłącznie przyszłość języka poetyckiego. Jest gęsty i mniej wpadający w ucho niż Demoludy, dystych ma raczej filozoficzne niż polityczno-polemiczne zacięcie, a jednak chce dotykać spraw bieżących i angażować w krytykę rzeczywistości. Przypomina w tym innego erudycyjnego poetę, który chronicznie cierpi na niedoczytanie Przemysława Owczarka, nomen omen obecnego dyrektora łódzkiego Domu Literatury, wydawcy Śruby. Trzeba jednak odnotować, bo rzadko się tak zdarza, że druga część tomu wciąga bardziej niż pierwsza. Zwykle dłuższe książki poetyckie nie są w stanie utrzymać napięcia, wyczerpują się po dwudziestu wierszach i czuć już, że wszystko zmierza do puenty, klamry lub innego mocnego akcentu przed spisem treści. Tymczasem u Gajdy części druga i trzecia (Henry Fool oraz Archimedes pomylony, jest jeszcze Dante w kacecie) przynoszą znacznie więcej dynamizmu i są jakby bardziej błyskotliwe, więcej obrazów i fraz zapada w pamięć, a i krytyka kultury, nienaznaczona tak dantejskim piętnem, wydaje się bardziej na czasie.

Sporo jest u Gajdy operacji lingwistycznych, ukonkretnienia lub rozbijania utartych zwrotów, jak „W gruncie rzeczy sens zapuszcza korzenie” (s. 48), podążania za homonimią i współbrzmieniami: „Redukować odległość // między gorącym lutem i absolutem, bawić się danymi, podając ją / w milimetrach, centymetrach i decymetrach” (s. 35) czy „Po owocach go poznacie, chyba że będą to owoce / morza. Smak nieświeżej ostrygi na języku, spiętej // ostrogą dni […]” (s. 56). Obraz (wyobraźnia) i język naśladują się w narracyjnej grze, wzajemnie się motywując do kolejnych wypaczeń, neologizmów i katachrez:

Kto pyta, nie wielbłądzi. Nie jest również garbusem,
dźwigającym sprężoną niepewność na plecach,
gdy pragnął być lordem, vita brevis, ars longa, occasio

praeceps, experimentum periculosum, iudicium difficile,
lecz – o ironio! – te marzenia przerwała lordoza,
wytrącając go z toru spraw zasadniczych poza nasyp

żywota […]

(Who is who?, s. 28)

Koniec końców to właśnie język zostaje obciążony winą za wytracające się znaczenia, to on jest labiryntem bez wyjścia i bez skarbu w środku, ma charakter nadmiarowy, jest płynny, stratny i nie gwarantuje żadnego punktu podparcia. Wbita weń śruba Archimedesa będzie wydobywać z głębi różne błahostki i zatapiać podmiot coraz głębiej, aż zadusi go pod zwałami bezsensu lub doprowadzi do absurdalnego wyobcowania „na łepku szpilki”. Niezupełnie zgadzam się z apokaliptycznymi diagnozami Gajdy można powiedzieć, że albo wyrosłem już z takiej dykcji (Czechowicz, Miłosz i te sprawy), albo jeszcze do niej nie dorosłem, bo wciąż żywię nadzieję na witalistyczny, emancypacyjny potencjał wpisany w każdy konflikt (również ten literacki) i wierzę w taktyczne mikrozmiany w systemie. Może z perspektywy roczników sześćdziesiątych wygląda to inaczej (nie zapominajmy, że Gajda to rówieśnik brulionowców), bo w ich tomach coraz częściej znaleźć można taką właśnie reakcję na ostatnie ćwierćwiecze. Tak czy tak, Śruba Archimedesa to jakby domknięcie trylogii zaczętej Demoludami i rozwiniętej w Golemie: krytycznej rozprawy ze współczesnością, późną nowoczesnością, polskością i własnym dojrzewaniem w świecie zupełnie rozmytej duchowości i szukanego po omacku gruntu; domknięcie solidne i ważne. Co dalej?
 _
Anna Mochalska, „Dokręcanie śruby” [w:] Internetowej gazecie Kulturalnej „Salon Literacki” nr 10/ (19) 2016.
Zaczynam się czuć recenzentką towarzyszącą; towarzyszącą serii Białe kruki, czarne owce – bo oto kolejna pozycja z tejże: Piotr Gajda i jego Śruba Archimedesa. O tych książkach jednak nie można nie pisać; są ważne, dobre i nagradzane. A o tej konkretnej książce nie mogę nie napisać ja, należy bowiem ona do pewnego typu poezji, który zdecydowanie mi odpowiada. To twórczość wymagająca, angażująca intelekt, trudna, bardzo mocno intertekstualna, oczekująca konkretnego czytelnika – skupionego, wytrwałego, pogodzonego ze swoją niewiedzą. To wiersze poszerzające horyzonty, zmuszające do poszukiwań, do udzielania konkretnych odpowiedzi. Błyskotliwe, zgrabne – tak, ale niebędące kolorowymi wydmuszkami. Mogłabym podpisać się wszystkimi kończynami pod niezwykle trafnym komentarzem Edwarda Pasewicza: Ilość zabawnych i ilość ważnych pytań, jaka się pojawiła w tej książce, sprawiła, że czytając, miałem ogromną frajdę obcowania z żywą, pulsującą wyobraźnią. Dajmy się zatem wkręcić Śrubie Archimedesa i zobaczmy, co pulsuje głęboko pod powierzchnią okładki.
Książka Gajdy składa się z trzech części, a każdej z nich patronuje kto inny. Pierwszej Dante w kacecie, drugiej Henry Fool, trzeciej zaś Archimedes pomylony. Patronat określonej postaci ma tu duże znaczenie, gdyż wpływa w istotny sposób na konstrukcję tekstów, ich tematykę, metaforykę, język. Podmiot, który wypowiadałby się bezpośrednio, jest tu bowiem raczej rzadkim gościem, stąd zmienność tej liryki, jej dostosowanie do określonego przez autora bohatera. Nie znaczy to jednak, że nie mamy do czynienia ze spójną, przemyślaną całością. Przeciwnie – Śruba Archimedesa jawi się przede wszystkim jako jedność wielości. Zdaje się, że spójność trzech niezależnych osób (czyli części) jest tu zdecydowanie nieprzypadkowa, a jej symbolika dosyć wyrazista. Nie jest to jednak rzecz najistotniejsza w kontekście całości, przejdźmy zatem do próby scalenia tej poetyckiej triady w jedno.
Najważniejszą postacią wydaje się być tytułowy Archimedes, który w całym tomie powraca kilkakrotnie. Autor bawi się motywem śruby Archimedesa, gra z własnymi tekstami i gra z czytelnikiem. Jeden z wierszy zawartych w części Dante w kacecie zatytułowany jest tak samo jak cała ostatnia część – Archimedes pomylony. To także w pierwszej części znajdziemy tekst przybliżający motyw wynalazku przypisywanego temu greckiemu filozofowi i matematykowi. Metafora śruby Archimedesa jest uniwersalna i sytuowana w różnych kontekstach, ale jest w tym duża konsekwencja. Gajda posługuje się słownictwem oscylującym wokół budownictwa, inżynierii, techniki, cywilizacji. Rzeczywistość tych wierszy jest zmechanizowana, w pewnym sensie sztuczna. Poeta konstruuje ją na potrzeby tej konkretnej książki. Tworzy świat niemożliwy, choć jednocześnie solidnie oparty na znanych nam zasadach, będący logiczną konsekwencją rozwoju ludzkości: nieustannego ruchu w przód, a raczej w górę (/…/ wszelki postęp wydaje się obrotem śruby, / wymuszającym ruch do góry). Ta książka nosi pewne znamiona fantastyki poetyckiej, ale zupełnie nie w obszarze dociekań i konkluzji. Te są na wskroś realne, stanowią trzeźwy komentarz rzeczywistości. Gajda po raz kolejny jawi się jako poeta-filozof. Z jednej strony stawia czytelnikowi pytania (znajdziemy ich w książce naprawdę wiele), a z drugiej stawia czytelnika przed niewygodnymi faktami. Jego wiersze to najczęściej opowieści stanowiące pewnego rodzaju parabolę. Swoista poetycka fabuła ułatwia odbiorcy dostęp do najważniejszych kwestii poruszanych na poziomie tekstowym, takich jak: bóg (boskość), duchowość, śmierć, cywilizacja, technika. Gajda nie koncentruje się na jednostce, bo w paraboli nie ma na to miejsca. Pojedynczy bohater może służyć co najwyżej egzemplifikacji, ale wszelkie sytuacje, w których uczestniczy, odnoszą się tak do niego, jak do wszystkich. Stąd też niejednokrotnie zbliżenie do mitu, podkreślanie powtarzalności. Bo nieważne, czy jesteś kapitanem Benjaminem / Willardem czy też porucznik Ellen Ripley, powielasz pewien schemat, wpisujesz się w kontekst (/…/ byliśmy kopią z kopii, / powielaną seryjnie /…/).
Ilość odniesień do filozofii, kultury, sztuki i literatury, jakie w swojej książce umieszcza Gajda, jest olbrzymia. Pewne tropy są bardzo wyraźne, niektóre jasno wskazuje sam autor. Jedne są czytelne, inne zapewne niezauważalne. Jestem pewna, że znaczna część z nich mi umknęła; tym lepiej – może dadzą się dostrzec w kolejnej lekturze. Jednak tak samo jestem pewna, że część kontekstów to ja narzucam tym wierszom. Są one jednak na tyle pojemne, iż przyjmą je bez problemu. Zaletą poezji, jaką uprawia Gajda, jest to, że jej zawartość w równej mierze zależy od autora, jak od czytelnika. Im więcej wiesz, przemyślisz, sprawdzisz i przeczytasz, tym więcej z tych wierszy wyciśniesz. Te teksty także na poziomie działania zbliżają się do maszyny. Stanowią swoiste perpetuum mobile, samonapędzającą się konstrukcję. Na przykład w wierszu Camera obscura pojawia się postać głupca na wzgórzu. Od nas zależy, czy utożsamimy ją z postaciami świętych głupców, czy skojarzymy z piosenką Fool on the hill lub z książką Matta Ruffa, czy wpleciemy w jeszcze inny kontekst. W Apokryfie możemy poszukiwać nawiązań do książkiPiotruś. Apokryf, możemy zastanawiać się nad sposobem istnienia ciała w Śrubie Archimedesa i zestawić to w ciekawy sposób z twórczością Leo Lipskiego lub choćby Amelié Nothomb. Gajda podsuwa tropy, ale daje wolną rękę. Mówi: tu macie Josepha Conrada, ale w innym miejscu poszukajcie go sami. Ta pulsująca wyobraźnia, którą zauważa Pasewicz, dotyczy bowiem nie tylko autora, lecz również czytelnika, który może dać się ponieść fantazji. Tym sposobem dla mnieŚruba Archimedesa w przedziwny sposób stała się poetycką wersją Bajek robotów dla dorosłych. Dużo smutniejszą, lecz tak samo prawdziwą.
Przy tym wszystkim nie można pominąć językowego poloru, jakim błyszczą się wiersze Piotra Gajdy. Pytaniom trudnym towarzyszą zabawne, językowe gry często napędzają poszczególne skojarzenia, nawarstwiają sensy. Autor od samego początku z powodzeniem stosuje tę taktykę – pierwsze frazy pierwszego wiersza brzmią następująco: z pustego w próżne, z próżnego w próżnię, z próżni / w próżność, z próżności w prószenie sekund. Śruba Archimedesa jest też rozrywką, ale wymagającą. Nie jest to książka, którą można przeczytać jednym tchem w wolnej chwili. I dobrze.
Najlepszym podsumowaniem Śruby Archimedesa jest zdanie, które pojawia się w ostatnim wierszu:O czym powinna traktować instrukcja, / odwołująca się do symboli, pojęć, fraz, obrazów i dźwięków, / które opisują ich lot? Książka Gajdy jest właśnie taką instrukcją, ale domagającą się uzupełnienia ze strony czytelnika. Gajda opisuje ten lot (ruch w górę), a to, co wypływa na powierzchnię, wcześniej stanowiło mętny osad, odpad, który osiadł na dnie. Ta książka nie uczyni więc was szczęśliwszymi. W zamian za wytrwałość w poszukiwaniu tego, co niewzruszone, dostajeciezużyte ciecze, / roztwory, koloidy lub zawiesiny, a także odpadowe ciała stałe. I parę fraz do zabłyśnięcia w towarzystwie, na przykład taką: Jeśli niebo zaludnia to, co jest wiekuiste, / piekło musi wypełniać samo pieczyste. Brzmi jak całkiem niezły deal, prawda?
Autor: Piotr Gajda
Tytuł: Śruba Archimedesa
Wydawca: Dom Literatury w Łodzi, 
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi, Łódź 2016
ISBN: 978-83-62733-95-8 

                                                              _


Tomasz Cieślak. „Nasz 38 równoleżnik” [w:] Magazyn Kulturalny Łodzi i Województwa Łódzkiego „Kalejdoskop” nr 11/2016

Piotr Gajda, tomaszowski poeta związany z łódzkim środowiskiem literackim, pokusił się w swoim najnowszym tomie wierszy, „Śruba Archimedesa”, o rzecz niełatwą: o próbę poetyckiego zapisu egzystencjalnego doświadczenia współczesnego człowieka, świadomego uczestnika kultury, wrażliwego erudyty – w całej tego doświadczenia komplikacji, mimo świadomości niemożliwości zamknięcia w słowach tego, co się słowom musi wymykać. Odważne to i ryzykowne, ale mam wrażenie, że poprzednie książki poetyckie gajdy stanowiły już rodzaj przygotowania do tej najnowszej, najpełniejszej, którą byłbym skłonny traktować jako rodzaj podsumowania dotychczasowej drogi twórczej, a może i otwarcia nowego rozdziału.

W poprzednim tomie, wydanym dwa lata temu „Golemie”, można odnaleźć swoistą zapowiedź tego, co czytamy w „Śrubie Archimedesa”, jednak najnowszy zbiór pełniejszy, subtelniejszy w zapisanych w nim rozpoznaniach, bardziej niejednoznaczny i przez to bardziej uniwersalny. „Golem” to był traktat o niemożności zrozumienia siebie w świecie, która prowadzi do obserwowanej przez poetę naszej powszechnej, codziennej i bezmyślnej ucieczki od sensu w konsumpcję – bo to łatwiejsze, bo nie wymaga stawiania trudnych pytań i krytycznego obserwowania i oceniania siebie, skoro można się skupić na oglądaniu towaru do kupienia.

„Śruba Archimedesa”, podzielona na trzy dość wyraziście odrębne, lecz dopełniające się części, przynosi najpierw (część „Dante w kacecie”) refleksję nad przemijaniem – powszechnym i wszechogarniającym, świata i naszym, a może przede wszystkim naszym. Ktoś powie: to nic niezwykłego, to wręcz normalne u poety po pięćdziesiątce, który nie ucieknie od pewnych podsumowań i domknięć, a nawet od myślenia o śmierci, bo staje się ona powoli doświadczeniem najrealniejszym. Owszem, i tak – biograficznie – można rzecz wyjaśniać, ale Gajdzie udało się chyba coś więcej – pokazać bycie pomiędzy, w nieustannym zawieszeniu „tu” (kuszącym i odstręczającym jednocześnie) i jakimś „Tam” (niepewnym, wątpliwym, może jednak, mino wszystko, dającym nadzieję). „Tam” to niekoniecznie zaświaty, ale też ponadczasowe uniwersum kultury, którego uczestnikiem jest bohater liryczny tych wierszy. Jak się w tych wierszach o tym mówi? Bez patosu, czasem z ironią bliską sarkazmu, poprzez językowy eksces, poprzez krypto cytat, parafrazę, reminiscencję, aluzję. Bo jak inaczej powiedzieć o czymś, co wydaje się ciągle niepochwytne, niepewne, niejasne?

Te językowe i kulturowe aluzje oraz koncepty znajdują swoje dopełnienie i rozwinięcie w drugiej części tomu („Henry Fool”), która zresztą wydaje mi się przez to mniej udana – bo jest jakby ledwie przypisem do tej pierwszej, a może nawet wprost powtórzeniem, tylko nieco inaczej. Jakby autor nie zaufał nam, że zrozumieliśmy, że przejęliśmy się i współodczuwamy. Jest w tej części – poprzez jej zbytnie moim zdaniem bogactwo, poprzez zbyt obfite nagromadzenie wątków i pomysłów, w jej, nazwijmy to tak, nieco meczącej pomysłowości – jakiś impas. Ten rzeczownik – impas – to zresztą jednocześnie tytuł chyba najlepszego wiersza tego fragmentu tomu:

Omijać dłużyzny. Czy to nie znaczy w końcu tyle,
co unikać odleżyn? A jeżeli przez miejsce, w którym akurat
teraz jestem, przebiega siatka geograficzna, jakiś pierdolony
równoleżnik, na przykład 38 – strefa zdemilitaryzowana,
który pieczętuje zastany układ sił?

Nic. 

Świetny pomysł – połączyć w jednym wierszu to, co odnosi się do pisania poezji, a może po prostu komunikowania się z innymi (omijać dłużyzny) z doświadczeniem najbardziej osobistym, somatycznym (unikać odleżyn) – i doświadczeniem politycznym (wzdłuż 38 równoleżnika, o którym mowa w wierszu, biegnie strefa zdemilitaryzowana między obiema Koreami, faktyczna granica tych państw, konsekwencja dwubiegunowego podziału świata po wojnie, podziału, którego my też, choć inaczej niż Koreańczycy, doświadczyliśmy). Gajda łączy te różne sfery, by powiedzieć, kim właściwie jesteśmy: kimś ograniczonym i determinowanym: przez nasze dążenia i talenty, przez naszą cielesność – i w równej mierze przez to, co społeczne, co polityczne.

Trzecią cześć tomu, „Archimedes pomylony”, odczytywać należy jako próbę ujęcia w słowa kondycji i funkcji samej poezji – tego nieudolnego narzędzia wyrażania siebie, „kipieli słów”, „toksycznych związków”, „huczących myśli”. Czymże więc jest poezja? Niezręcznym, nieadekwatnym narzędziem – ale innego poeta nie ma. Śruba Archimedesa to starożytny wynalazek, tak zwana maszyna prosta, podnośnik służący choćby do transportowania cieczy, do wydobywania jej na wyższy poziom. U Gajdy jest metaforą… no właśnie? chyba przede wszystkim poezji? może szerzej: samego języka? I nie jest tu maszyną prostą, a raczej diabelnie skomplikowaną maszynerią, której poeta nie rozumie do końca i zapanować nad nią nie jest w stanie. O tym właśnie pisze gajda, to wyraża, ale nie wiem, czy czasem frazą i konceptem nie nazbyt gęstymi, nie nazbyt wyszukanymi.

                                                           _

Alicja Łukasik. „W poszukiwaniu utraconego sensu” [w:] Kwartalnik Literacko-Kulturalny „eleWator” nr 18 (4/2016)

 „Śruba Archimedesa Piotra Gajdy jest siódmą propozycją z serii „Białe kruki, czarne owce” – jak wiemy z lewego skrzydełka książki i, jak dowiadujemy się dalej, seria ta „ma na celu prezentację wartościowej literatury – utworów odważnych, nowatorskich, kontestujących zastany porządek rzeczy oparty na wartościach merkantylnych”. Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy po przeczytaniu tego opisu i lekturze całości, jest taka, że muszą istnieć dwie możliwości: albo charakterystyka serii została stworzona pod Śrubę Archimedesa, albo Piotr Gajda z precyzją godną chirurgicznego skalpela powołał do życia coś, co idealnie miałoby się wpisać w istniejący już cykl. Ale jedno i drugie jest równie niemożliwe – opis serii nie powstałby tak późno (przy okazji publikacji siódmej książki), a Piotr Gajda już we wcześniejszych książkach przejawiał tendencję do diagnozowania otoczenia i demaskowania jego ułomności.

Sama nazwa serii mogłaby posłużyć za najpełniejszą charakterystykę twórczości Piotra Gajdy. Jest jak czarna owca poezji, oddalająca się od stada, pozostająca trochę niezauważona czy zbagatelizowana przez główny nurt, przy czym na jego tle jest jednocześnie czymś wyjątkowym – biały kruk. Podchodzę do jej opisu z lekkim uciskiem w klatce piersiowej, ze strachem, że okażę się jednym z tych ślepców, którzy alfabetem Braille’a próbują opisać to, co widzą (tak, widzą). O nich właśnie wspomina bohater Kacetu, dla którego „życie jest ekspozycją; jak cię widzą, tak cię piszą, ślepcy”.

Nietrudno wpaść w pułapkę interpretacyjną, która zrodziłaby w autorze poczucie takiego samego niezrozumienia, z jakim zmaga się bohater wspomnianego wiersza. Śruba Archimedesa przypomina przestrzeń labiryntu, w którym od jednego korytarza odchodzi kilka innych, skrywających szereg intertekstualnych nawiązań (część z nich została rozszyfrowana przez samego autora). Nie jestem pewna, Czu udało mi się przejść skutecznie przez wszystkie korytarze, a bez tego lektura byłaby niepełna, choć, przyznać trzeba, wciąż zadziwiająca (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Bohater wykreowany przez Gajdę nie przystaje do świata, w którym przyszło mu funkcjonować. Jego skłonna do filozofowania, by nie rzec – górnolotna, natura stale ulega jakiemuś nadszarpnięciu przyziemności – a to urzędy, które nie doceniają twórców, a to ustrój polityczny, w którym głos jednostek zanika na rzecz niesprecyzowanego szumu masy. Poezja jest tu synonimem rozbudowanego życia wewnętrznego. Ci, którzy go nie mają, stają się „bliżsi śmierci niż życiu”, jeszcze nie martwi, ale już nie całkiem żywi – nie sposób uniknąć skojarzenia z figurą zombie. Tak właśnie bohater Śruby Archimedesa postrzega innych ludzi, którzy dawno przestali zadawać czy to sobie, czy na głos podstawowe, filozoficzne pytania, którzy myślenie zamienili na wygodne bytowanie i przestali ufać własnym umiejętnościom, polegając wyłącznie na nowoczesnej technologii. Ich życie ogranicza się do automatycznego, mechanicznego funkcjonowania.

Z innej jeszcze strony otaczają bohatera ludzie, którzy ślepo ufają Biblii – może dlatego, że ta bardziej zrozumiale tłumaczy powstanie i sens świata niż zawiły język nauki, a może dlatego, że tysiącletnia tradycja przemawia głośniej i skuteczniej niż zdobycze nauki. Nie jest rzeczą łatwą rozstrzygnąć, kto ponosi większą winę i komu autor chciałby wytoczyć zarzuty – tłumowi, dla którego metafory tworzone w obrębie nauki są niejasne, naukowcom, którzy posługują się językiem nieodpowiednim dla odbiorcy, czy religii, która ogłupia i oszukuje ludzi. Rozwikłanie tego dylematu nie jest istotne, ponieważ bohater sam do końca nie wie, w którą stronę wytoczyć działo i jest to zabieg całkowicie przez Gajdę przemyślany. Nie wynika z chaosu, braku konceptu artystycznego, ale z konstrukcji psychicznej człowieka – zagubionego, próbującego kompulsywnie znaleźć jakiś punkt oparcia przy jednoczesnym braku wiary w jego odkrycie.

Kwestia religijności jest zresztą odrębnym tematem Śruby Archimedesa. Gajda, podążając za tradycją starożytnych, podkreśla nietrwałość i ulotność istnienia. Człowiek jest u niego śmiertelny, duchowe oświecenie niemożliwe, a nową formą bóstwa staje się władza i ci, którzy dzierżą ją w rękach. Istnienie Boga nie jest zakwestionowane, ale relacja człowieka z Nim nie należy do najłatwiejszych – oscyluje między zaufaniem a zwątpieniem i przepełniona jest obrazoburczymi zwrotami: „Wstałem z łóżka. To, jak powiadają, jedyne udane powstania. / A zmartwychwstania, czy te są w pakiecie?”, „Niech dalej wyjadają / gówno spod nawożonego drzewa poznania / dobra i zła!”.

Bohater jest rozdarty między potrzebą szukania sensu życia, a niemożnością jego określenia: „Jakże niezbędne są wszystkie kontrole / celności lub rozrzutu! (...) Jeśli kiedykolwiek mieliśmy jakiś cel, / dawno temu umknął z muszki i szczerbinki jak projekcja / fatamorgany, zwierciadlane odbicie nas samych z „dziesiątką” / zaznaczoną pośrodku czoła”. W tym kontekście doskonale wybrzmiewa motto – bohater, podobnie jak Archimedes, żąda choćby niewielkiego, ale stałego i pewnego punktu. Dla Archimedesa byłby on motorem napędowym do tworzenia wielkich rzeczy, u Piotra Gajdy byłby on raczej gwarantem spokoju. Wiara mogłaby być jedną z tych spraw, które zapewnią człowiekowi równowagę ducha, ale i to nie może się spełnić, ponieważ religijność jest równie niepewna jak wszystko wokół. Dlatego bohater szarpie się ze wszystkim, ze wszystkimi i sam ze sobą. Nie znajduje z nikim porozumienia, ponieważ w dzisiejszym świecie spłyceniu ulega także komunikacja.

„Niedawny monologista zredukowany wobec opresji świata do roli administratora trwogi” – tak mógłby określić Gajda swojego bohatera, ponieważ niemożność znalezienia stałego punktu, o którym mówił także Archimedes, napawa go z jednej strony strachem, a z drugiej także buntem – przeciwko obecnej formie demokracji, religii, ludziom, konsumpcjonizmowi. „Walka z tym światem już teraz / przypomina prolog humanitarnego uboju” – wyznaje. Walka wciąż trwa, a jest to walka osamotnionego człowieka (powrót tradycji romantycznej), trochę kompulsywna, bo nie wiadomo już, przeciwko komu skierowana, kto tu jest wrogiem, kto sprzymierzeńcem, a kompulsywność wynika, oczywiście, z bezsilności. To, co z pewnością wyróżnia Śrubę Archimedesa od innych współczesnych książek traktujących o podobnej tematyce – zagubieniu we współczesnym, konsumpcyjnym świecie pozbawionym wyższych wartości, jest przede wszystkim język. Piotr Gajda odwołuje się do klasycznej budowy wiersza – tetrastychów, dystychów, gdzieniegdzie tercetów. Odrzuca charakterystyczną dla współczesnego języka poezji prozaizację – kontynuuje poetykę znajdującą się na wymarciu – zawiłą, pełną metafor, ciągów skojarzeniowych i nawiązań kulturowych. Uskuteczniana przez niego krytyka kapitalizmu nie jest parodią języka reklamy jak u Kiry Pietrek, Gajda nie zapożycza korporacyjnej nowomowy, aby ją ośmieszyć, ale przyjmuje taktykę Eliota z Ziemi jałowej. Powołuje się na wątki archaiczne, mitologiczne, kulturowe, aby przenieść je na współczesny grunt – stąd porównania łona Abrahamowego do czujnego Sanepidu.

Będąc zapatrzoną w prozaizującą poezję, we wspomniany mainstream, łatwo jest wpaść w pułapkę i oskarżyć Piotra Gajdę o zacofanie (jak to, powrót do klasycznej formy wiersza, do piętrzących się metafor, do wątków mitologicznych). W pierwszym zetknięciu trudno było ukryć zdziwienie, ale szybko przerodziło się ono w zachwyt i byłoby prawdziwym barbarzyństwem obwiniać autora Śruby Archimedesowej o zamknięcie się na rozwój języka poetyckiego, ponieważ przebiega on, ale w odmiennym od spodziewanych kierunków. Nie chodzi tu wcale o zbliżenie do mowy swobodnej, potocznej, ale o oddanie się sile języka – ciągom skojarzeń (od kondoma do gumy do życia), metafor, przetransponowaniu znanych związków frazeologicznych i cytatów („kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci posadę”.

Piotr Gajda za pomocą śruby Archimedesa opisuje rozpad wartości, ich stale postępującą degradację: „niegdyś śrubą Archimedesa nawadniano kanały / i osuszano depresje. Dziś ze względu na nieczułość / na zanieczyszczenia, coraz częściej wykorzystuje się ją / do podnoszenia ścieków w naturalnym środowisku człowieka”. Jak tonący chwyta się brzytwy, tak bohater tomu chwyta się twórczości – jedynej broni przeciwko miałkości i przyziemności. Jednak okazuje się, że pisanie, czytanie, tworzenie mają charakter masochistyczny – można czerpać z nich przyjemność, ale jest ona okraszona bólem, zwłaszcza wtedy, gdy dochodzi do konfrontacji z szorstkim i nieczułym otoczeniem.

W dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że nie wyczerpałam wszystkich możliwości interpretacyjnych, jakie stwarza Śruby Archimedesa. Czyta się ją z łatwością – język sam prowadzi czytelnika, każe mu jak najszybciej dobrnąć do ostatniego wersu, ale też stawia opór wymuszając ciągłe powroty do początku. I po każdym powrocie wyłaniają się nowe sensy, o które w świecie realnym trzeba by stoczyć bój”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz