Na skróty

Rzadko zdarza się tak dojrzały tom debiutanta. Trzeba oczywiście wziąć pod uwagę fakt, że Piotr Gajda jest ode mnie starszy o jedno pokolenie i dekadę temu przebył trzydziestkę, cezurę tak symptomatyczną dla prawdziwie dojrzałych debiutów. Ale są jeszcze inne kryteria dojrzałości, które trzeba wziąć pod uwagę, rozpatrując tom debiutanta, tj. układ kompozycyjny, panowanie nad warsztatem, wizję, jaka organizuje tom, wreszcie mądrość, którą przechowują poszczególne wiersze. To wszystko znalazłem w Hostelu. Pozornie jest to książka melancholika osaczonego przez własne m-3, z którym podmiot liryczny nie potrafi ułożyć sobie życia. W rzeczywistości jest to bardzo przemyślna metafora ludzkiego wnętrza.

Przemysław Owczarek

Izabela Fietkiewicz-Paszek i Piotr Gajda to dwójka utalentowanych poetów. I najchętniej napisałbym: takie wiersze trudno analizować, są na analizę wyjątkowo oporne, trzeba je po prostu czytać, mówią same za siebie, chociaż uprzedzam — nie jest to łatwa mowa. Tak, to trudna poezja. Przypomina pełną barw mozaikę, która została tak rozbita abyśmy składając ją trochę się pomęczyli. Ale warto. W finale tej pracy będzie brakować różnych fragmentów, ale właśnie te braki tworzą niedopowiedzenia, To poezja skrótu, i niedopowiedzenia (…). Wiersz „Wielki chłód” Gajdy to utwór podobny zimowych wierszy Thomasa Tranströmera, wybitnego szwedzkiego poety, widać jak poeta wysnuwa z siebie kolejne obrazy, jak jeden wysnuwa z kolejnego. Są bardzo odlegle, ale skazane na siebie i nieuchronne w tym obrazie…

Tomasz Jastrun

Hostel, dom oferujący gościnę, sugeruje do końca nie przezwyciężoną obcość, jaka nas w jego wnętrzach czeka, przypominając także o doraźności naszego w nim pobytu. Nic dziwnego więc, że z wierszy Piotra Gajdy wyłaniają się liczne, sugestywne obrazy takiego właśnie nieoswojonego domostwa, które wykluczając, jednocześnie nas w sobie zamyka, gdy za oknami mocą słów powołany zostaje do życia świat nieograniczony, podległy nieustannym przemianom. To wiersze zdolne do nagłych, imponujących przeskoków wyobraźni, choć precyzyjne, klarowne i skupione. Przekonują siłą obrazów, w których rozpoznawalna, często zdegradowana rzeczywistość ulega zaskakującym przemieszczeniom. Hostel to uważnie skomponowany, niebanalny debiut.

Jerzy Jarniewicz

Dojrzały, przejmujący głos. Te wiersze trzeba czytać powoli. Powoli trzeba wchodzić w ten świat, zbudowany ze swojskich realiów, lecz pozornie tylko bezpieczny. Gajda kreuje rzeczywistość trochę jak malarską scenę rodzajową, jak porządny realistyczny obraz, wbrew ulotnym modom naszej młodej liryki. Ale to w tym obrazie, pod nim, jest ukryty dramat, tkwi nienazwana (bo nienazywalna) tajemnica. Świat Piotra Gajdy jest nie ze słów, a z emocji i przeczuć, bliski opowieści zasłyszanej w dzieciństwie.

Tomasz Cieślak

Mimo około 40 wierszy mieszkających w Hostelu czuje się tu pustkę. Jakby nikogo nie było, jakby wszyscy pomarli. To nie zarzut. Całkiem tu przyjemnie, chociaż nie słodko, bo nie ma tu nikogo, kto mógłby posłodzić. I tylko autor przemawia głośno: Chcę żyć, jeść sól, zapełniać piwnice kartoflami/ i węglem.

Marcin Włodarski

Piotr Gajda (…) wypełnił cały tomik pod tytułem Hostel wierszami, które z powodzeniem mogłyby znaleźć się w dobrej książce dobrego poety, — ale w niewielkiej ilości i jako te słabsze. W zasadzie trudno nawet powiedzieć, co zawiniło — nie da się w tej książce znaleźć linijki ewidentnie puszczonej, jest za to konsekwencja w emitowaniu głosu bądź z wnętrza nie do końca oswojonego pokoju, bądź ze środka sytuacji rodem z prognozy pogody (mróz, upał). Zdarzają się przy tym dobre obrazy (…) i nieoczekiwane redefinicje pragnień.

Paweł Kozioł

Hostel, tom Piotra Gajdy zawiera wiersze skupione na problemie zamieszkiwania, który okazuje się być problemem obsesyjnym, opresyjnym i bolesnym (…). W jego wierszach słowa obrastają ciałem obrazów (…). Wywołuje je — tak jak wywołuje się duchy, ale w przeciwieństwie do powietrznych istot obrazy są zmysłowe, namacalne — konieczność mówienia o tym co boli (…). A jednak sugestywne przedstawienia tego świata skurczonego do rozmiarów rozmiarów m-3 (…), nie przytłaczają podczas lektury wierszy, nie wywołują depresyjnych klimatów. Dlaczego? Dlatego, że Gajda znakomicie sobie radzi z materią wiersza, panuje nad nią niepodzielnie, pisze mocnymi, klarownymi frazami. Jego wizja jest raczej pożegnaniem z brzydotą, niż uznaniem jej ciemnego władztwa.

Krzysztof Kuczkowski

Wiersze w tomiku charakteryzują się dużą pomysłowością, kolejne strofki nie narzucają się swoją formą, nie ma powtarzalnych, typowych (topowych) chwytów, łatwych do namierzenia i ustrzelenia środków stylistycznych. Duży wachlarz pomysłów na kolejne wiersze, odkrywczość fraz, słów, liczne zaskoczenia rzucają osobliwe światło na ten debiut (…). Tomik wydaje się być właśnie takim poetyckim muśnięciem, bez nachalności języka poetyckiego, bez narzucania przekazu komunikacyjnego. Zostaje precyzja, delikatność, zmienność, jak gdyby nic na stałe nie mogło się tu zadomowić, jakby zadomowienie miało okazać się zdradą dla wiersza, aktem obnażenia.

Karol Pęcherz

Te bezkompromisowo brzydkie wiersze sprawiają wrażenie podróży, jaką autor odbywa w malignie. Jego wyobraźnia zdaje się wymuszać z siebie obrazy rozkładu, wyciskać je podczas zatwardzenia spowodowanego nieznanym mi urazem. Forma, która powstaje — czarno na białym, jest imponująca. To jak monumentalna rzeźba będąca zapowiedzią końca świata, wykończona z precyzją i fantazją jednocześnie.

Marcin Włodarski

Obie książki Piotra Gajdy dają pretekst. Od razu rodzi się pytanie — pretekst do czego, jak go wykorzystać, czym ten pretekst jest motywowany? Otóż nieważne. To zdanie wystarczy: dają pretekst. Uchylają szczeliny do czegoś, czego nie chcę nawet próbować w tym szkicu opisywać, bo nie wyręczę poety. Dowodzenie, że po drugiej stronie szczeliny jest najzwyczajniej odbicie czegoś, co mamy już w garści, zabiera energię. Czas totalnej prywatności poezji nie daje takich szans. Każdy jest człowiekiem na własny użytek, nie ma czego odkrywać, skoro wiemy jak mamy na imię, gdzie mieszkamy i że umrzemy. Traktowałem (i nadal chciałbym traktować) poezję Piotra Gajdy jako specyficzną odpowiedź na „kobiece” pisanie — mocno subiektywną, nieinterpretowalną — bo osobisty stosunek do niej nie powinien być oparty na logicznej interpretacji. Ten szkolny nawyk jest zaledwie wycinkiem horyzontu. A wracając do „kobiecych” wierszy, zwłaszcza tych irracjonalnych, opartych na nastroju — Gajda ma do zaproponowania po prostu coś więcej. Z rzeczy dodanych — autentyzm. Z odjętych — infantylność. Jeśli poezja ma iść w takim kierunku, w stronę mocno zmetaforyzowanej, nieprzystającej symboliki nastroju — to zdecydowanie wolę podejście Gajdy od podejścia paru młodych poetek. Wisi nad wierszami obu zbiorów parę myśli zasadniczych. Można je zbierać z atawistycznych skojarzeń, własnych wizji po lekturze, kontekstu całości. Jest tu dobrze sprecyzowana osobowość twórcza, typ wyobraźni. Pesymizm wart poznania dla samej ścieżki, która przezeń biegnie. Autor prowadzi tę ścieżkę świadomie, z wyczuciem i polotem.

Sławomir Płatek

Metafora kroczących równoległości może się zresztą odnosić także do innych autorów (...). Na przykład Piotr Gajda "zawieszony pomiędzy zamiarem i skokiem", to autor, który potrafi snuć opowieść na wskroś zmetaforyzowaną lub też, by rzec, multiopowieść, która rozwidla się, skręca, zawraca nad samą sobą, niczym strumień światła, załamuje się i z sobą samym interferuje (...).

Marcin Orliński
 _ 

Demoludy – trzecia w dorobku Piotra Gajdy książka poetycka – jest rzadko spotykanym w rodzimej liryce przykładem poezji najczystszej próby. Wyobraźnia językowa autora sięga w tym tomie – a dane jest to tylko nielicznym – zenitu! Wiersz Gajdy zdaje się jawić jako ognisko zapalne dla konfliktu między chromą i koślawą jawą a halucynacyjnym migotem językowego snu. Z tego zderzenia – przeradzającego się w polu tekstu w układ zniesień – rodzi się w miąższu treści, twardy jak kastet, fraktal wielorodnych znaczeń, dodajmy, znaczeń poddanych tak sporej radiacji sensów, że nie podlegają one wyczerpaniu w lekturowym odbiorze. Gajda nie ucieka – o dziwo – przed problematyką bieżących wydarzeń, czy fundowanych na nich tematyk (tak prostacko wchłanianych i trawionych w medialnej prezentacji), które, po ich dobyciu i wypatroszeniu, wypełnia wielorodnymi, mocno zmetaforyzowanymi, acz częstokroć widmowymi motywami, będącymi pochodną bardzo własnych wizji, opalizujących to, jak mu się zwiduje drugi człowiek, dookolna przestrzeń, czy sensualnie odbierany świat. W technice takich właśnie zestawień jest sporo z kolażowego montażu, albowiem dużo tu porwanych wątków, zaskakujących ujęć, gibkich cięć i sugestywnych przetasowań. Wiersze te eksplorują częstokroć obszary dość minorowe w swej postaci, gdzie trudno znaleźć najlichsze nawet pocieszenie, ale dzięki asocjacyjnym ciągom, językowym skrętom i zwarciom, zawsze towarzyszy im, uzyskany w efekcie, realistyczny obrys – przeszywający aż do szpiku poetyckiego kośćca. Niekiedy zaś jest to kontrastowane drwiną lub ironią, co przynosi optymalny balast, i tworzy iście wybuchową mieszankę. Wiersze te - formalnie spójne do cna - są mantrycznymi mandalami, które, jak mrowiący powidok, przyprawiają o skurcz ucha, serca i mózgu.

Maciej Melecki 
_

To oczywiście intrygująca, dopieszczona pod względem formalnym poezja. Każdy wiersz stanowi odrębny byt w menu pod tytułem „Demoludy”. Poziom zapętlenia metafory jest w tych wierszach nie do przyjęcia przez moje podniebienie dobrze czujące się w prostackich klimatach (…). Może dlatego nie umiem dosłownie potraktować tych wierszy. Z pewnością jest to książka, w której Piotr Gajda zrobił kolejny krok ku wchodzeniu w siebie, wyszarpywaniu z siebie emocji i okiełznywaniu ich za pomocą słowa. Miejscami miałem dosyć, bo wiersze te w warstwie choćby leksykalnej aż przytłaczają. Niemniej brawo za kolejną książkę, brawa za te sceny, co w niej się odbywają!

Marcin Włodarski 
                                                                _

Tomaszowski poeta pozostaje jednym z najbardziej niedocenionych autorów swojego pokolenia. Zjawiskowy debiut „Hostel” i podkreślająca odrębność stylu Gajdy „Zwłoka” nie doczekały się należytej krytycznej recepcji. Może zmieni to ubiegłoroczny tom „Demoludy” (Instytut Mikołowski), tym bardziej, że Gajda poszerza w nim swoje pole poetyckiej walki. Fraza tomaszowianina radykalnie się wydłuża, zyskując tym samym na ekspresywności, ale wiersze nie gubią przy tym sensu i nie tracą nic z oryginalnego obrazowania. Tom o doskonale oddającym wieloznaczność wierszy tytule (oswojona przeszłość łączy się w „Demoludach” ze sztucznymi rajami teraźniejszości) zasługuje na uważną lekturę.

Maciej Robert
 _

„Golem” to - dla mnie - smutek człowieka XXI-wieku, utwór King Crimson „21st Century Schizoid Man” rozpisany na czterdzieści kilka stron. Niewesołe rozprawienie się z sytuacją w jakiej znaleźliśmy się my - Polacy - dwadzieścia pięć lat po tym jak nam się udało. Zachłyśnięci wolnością z trudem łapiemy oddech. Takich opisów jak u Gajdy nie spotkałem we współczesnej poezji. Ciosów wymierzonych dokładnie, tam gdzie ma boleć (...).


Krzysztof Kleszcz
                                                                 _

Nic dziwnego, że autorzy pomijani przy nominacjach to najczęściej pisarze publikujący książki w niszowych wydawnictwach, tych o mniejszej sile marketingowego rażenia. I nie ma tutaj większego znaczenia dobre przyjęcie książki przez krytyków i recenzentów (o planktonie czytelników nie wspominając), co również można prześledzić, czytając recenzje poszczególnych książek Piotra Gajdy. Poeta o wyrazistej poetyce, konkretnie umocowanej w rzeczywistości, a jednocześnie niestroniącej od intertekstualnych i filozoficznych wycieczek już mniej osobistych, uniwersalizujących przekaz coraz bardziej gęstych językowo i tematycznie – z tomu na tom – wierszy, to znamienny przykład.

Rafał Gawin
    _

Jestem pod wrażeniem celności każdego słowa, jędrności każdej frazy, spełniającej się akuratności każdego wiersza. Też miałem – podobnie jak Edward Pasewicz – ogromną frajdę obcowania z żywą, pulsującą wyobraźnią. Książka, którą można czytać bez końca. Tak bogata, że o końcu nie może być mowy – za rzekomym końcem stoi nowy początek, wije się jeszcze jedna, i jeszcze jedna, ścieżka interpretacji. Uczta dla interpretatorów, zwyczajna radość dla szeregowych czytaczy. To, co zjadliwe w szczęśliwej harmonii z tym, co liryczne. Bo panuje nad tym piekielna inteligencja, niesłychana intuicja. W tej chwili, po pierwszym czytaniu, niesiony na fali emocji, dochodzę do wniosku, że dawno tak dobrej rzeczy nie czytałem. Mam nadzieję, że to wrażenie do jutra mi nie przejdzie.

Karol Maliszewski 

_

(...) Piotr Gajda zdaje się Śrubą Archimedesa zamykać kolejny rozdział w swojej twórczości. Autor już dawno odbił w stronę Mikołowa, tak więc ech Hostelu czy Zwłoki próżno szukać w jego najnowszych tomach. Fraza jest długa, ciężka i skomplikowana. Jakby właśnie podkręcał śrubę odniesień i przemyśleń do granic wytrzymałości, zarówno swoich, jak i czytelnika. Czy i w tym wypadku mamy do czynienia z testem? Zgodzę się z Jakubem Skurtysem, że te wiersze są poważne i mówią o trudnym okresie postransformacyjnym, dlatego dziwi mnie blurb Edwarda Pasewicza, który, jak czytam na skrzydełku, miał frajdę z ich lektury. Ja np. nie miałem frajdy; w tym sensie, że tych wierszy nie da się, ot tak przeczytać. Trzeba je przemyśleć. Autor zmusił mnie do refleksji i chyba osiągnął cel, który zamierzał?

Rafał Różewicz

(...) błyskotliwość intelektu, która wcale nie zaprzecza krystalicznej czystości uczuć. Śruba Archimedesa to artystycznie udana próba połączenia kulturowej konstrukcji z jednostkowym, intymnym sposobem odbierania świata; to również próba usytuowania się w strukturze tropów, które, z jednej strony, można podejmować, a z drugiej strony – pozostawiać innym. Niech szukają sami.

Tomasz Dalasiński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz